wersja kontrastowa


7. Masowe przesiedlenia 1940–1944

 

7.

MASOWE PRZESIEDLENIA 1940–1944

 (MAPA 7.)

 

Historia Gułagu jest nierozłącznie związana z państwem sowieckim, jednak jej korzenie sięgają jeszcze czasów Rosji carskiej. Od XVII wieku stosowano tam bowiem formę pracy katorżniczej, na którą zsyłano kryminalistów i, tak jak w Gułagu, więźniów politycznych. Przymusowe osiedlenia służyły nie tylko jako kara za przestępstwa czy forma pozbycia się buntowników. Stanowiły również sposób na zaludnienie terenów na wschodzie i północy Rosji, które obfitowały w surowce mineralne, i wykorzystanie zesłańców jako taniej siły roboczej przy pozyskaniu dóbr natury.

Amerykański podróżnik George Kennan, który w 1884 roku odwiedził Rosję, w swojej książce Syberia pisał: „Zesłany administracyjnie nie potrzebuje być podejrzanym o popełnienie jakiegoś przestępstwa [...], jeśli jakakolwiek władza miejscowa uważa jego obecność za «szkodliwą dla porządku społecznego», aresztują go wtedy i z zezwolenia ministra spraw wewnętrznych wysyłają do jakiejkolwiek miejscowości wewnątrz olbrzymiego państwa, gdzie w ciągu lat pięciu znajduje się on pod nadzorem policji”.

By zesłać człowieka w trybie administracyjnym, nie trzeba było udowodnić mu winy w procesie sądowym, taka forma represji była więc użyteczna i prosta wobec przestępców, ale też wobec przeciwników politycznych. Wśród tych ostatnich dużą grupę stanowili Polacy, którzy nie mogli pogodzić się z zaborami i utratą niepodległości przez Polskę.

Pierwsi Polacy zostali zesłani już w 1617 roku – 60 jeńców pochodzenia polsko-litewskiego przesiedlono na Syberię, by zajęli się uprawianiem roli. Później większe grupy polskich zesłańców kierowano na Północ z powodów czysto politycznych, aby pozbyć się potencjalnych wrogów lub ukarać tych, którzy wystąpili przeciwko caratowi. Po upadku powstania styczniowego (1863–1864) największa grupa polskich zesłańców – ponad 25 tysięcy Polaków oraz kilkuset ukraińskich i białoruskich chłopów, którzy dołączyli do powstania – trafiła do części europejskiej Rosji, na Kaukaz i na Syberię. Z zesłanymi poszło na wygnanie niemal 2 tysiące ich krewnych.

Zdarzały się przypadki, że zesłańcy powracali na Syberię, gdzie na początku XX wieku stworzyli swego rodzaju diasporę polską. Składała się ona nie tylko z byłych zesłańców, ale też z dobrowolnych przybyszów: żołnierzy, lekarzy, urzędników i absolwentów szkół wyższych i zawodowych, którzy musieli odsłużyć państwowe zapomogi na naukę. Przyjeżdżali również emigranci zarobkowi, inżynierowie i mechanicy, do pracy przy budowie kolei transsyberyjskiej.

Spośród polskich zesłańców w XIX i na początku XX wieku wymieniać można liczne nazwiska, wśród których znalazły się największe postaci polskiej kultury, jak Adam Mickiewicz, czy działaczy państwowych i politycznych, jak późniejszy Naczelnik Państwa i Naczelny Wódz Józef Piłsudski. Bardzo ciekawą grupę stanowili polscy badacze Syberii, jak na przykład geolog Jan Czerski (opracował pierwszą mapę geologiczną wybrzeża jeziora Bajkał), geolog Aleksander Czekanowski (odkrył pokłady węgla i grafitu nad Dolną Tunguzką), botanik Ferdynand Karo (wysłał z Syberii ponad 80 tysięcy kart zielnikowych, przechowywanych obecnie m.in. w Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu Warszawskiego, we Florencji, Kijowie, Lozannie, Monachium, Getyndze, Petersburgu, Irkucku, Czycie, Bazylei, Berlinie, Wiedniu, Genui, Paryżu, Zurychu, Saint Louis) czy przyrodnik Benedykt Dybowski (opisał około 400 gatunków zwierząt żyjących w jeziorze Bajkał, tamtejsze warunki hydrologiczne i klimatyczne; jest twórcą teorii powstania Bajkału i ewolucji jego fauny; współtwórca nowej nauki – limnologii). Trafiali oni w dalekie rejony Rosji z przymusu, by w konsekwencji zająć się zgłębianiem tajników tamtejszej przyrody i obyczajów miejscowej ludności. Wśród nich znalazł się też Bronisław Piłsudski, którego nazwisko pozostało nieco w cieniu sławniejszego brata, Józefa.

Bronisław Piłsudski w 1887 roku został skazany na śmierć przez powieszenie za udział w spisku przeciwko carowi. Później karę śmierci zamieniono mu na 15 lat przymusowej pracy na Sachalinie. Gdy tam dotarł, pisał do ojca: „Poświęcałem się działalności publicznej, teraz jestem odsunięty od społeczeństwa i zmuszony żyć z jego wyrzutkami”. Szybko jednak zmieniło się jego nastawienie i zaczął się interesować rdzenną ludnością – Gilakami (obecnie: Niwchowie) i Ajnami. Dzięki jego pasji i poświęceniu ślady ich kultury zachowały się do dziś. Bronisław Piłsudski stał się wówczas jednym z pionierów etnografii: fonografem Edisona nagrywał pieśni i podania ludowe Ajnów, zebrał bogatą dokumentację fotograficzną i przedmioty codziennego użytku – każde zdjęcie i obiekt starannie opisał. Przebywając z Ajnami, dostrzegał, że „jako jedyni kochali ten kraj, miejsce bytowania od czasów niepamiętnych, znienawidzone teraz i zbrukane przez tych, którzy uczynili zeń karną kolonię” (z listu do ojca, 1912 rok).

Carski reżim nie oszczędzał również Rosjan – na zesłanie trafiali i chłopi, i przedstawiciele elit, jak na przykład Fiodor Dostojewski czy Aleksander Puszkin – wielcy pisarze i poeci rosyjscy. Pisarz i lekarz Antoni Czechow w 1890 roku (w tym samym czasie, gdy był tam Bronisław Piłsudski) pojechał na Sachalin dobrowolnie – jako człowiek wolny – spędził tam trzy miesiące, objeżdżając wszystkie osady i więzienia. Celem jego podróży było opisanie warunków życia katorżników z nadzieją, że przyczyni się do poprawy ich losu.

Pewnego dnia Czechow wyszedł na ganek domu, w którym nocował: „Niebo szare, smętne, pada deszcz, błoto. Od drzwi do drzwi drepce pospiesznie naczelnik więzienia z kluczami:

«Ja wam wypiszę taką kartkę, że przez tydzień będziecie się drapać! – wykrzykuje. – Ja wam pokażę kartkę!». Słowa te zwrócone są do gromadki 20 chyba katorżników, którzy – jak można sądzić z kilku dosłyszanych zdań – proszą o skierowanie do szpitala. Są obdarci, przemoknięci na deszczu, obryzgani błotem, drżą; chcą wyrazić mimiką, że ich naprawdę boli, ale na przemarzłych, stężałych twarzach zjawia się jakiś grymas, coś kłamliwego, chociaż, być może, wcale nie kłamią. «Och, Boże mój, Boże!» – wzdycha któryś z nich, a mnie się wydaje, że mój nocny koszmar wciąż jeszcze trwa. Nasuwa mi się słowo «parias», oznaczające zwykle taki stan człowieka, niżej którego nie można już upaść”. Reportaż Antoniego Czechowa z Sachalinu wstrząsnął ówczesną opinią i wpłynął na złagodzenie losu skazańców.

Wśród zesłańców i katorżników byli również zbuntowani rewolucjoniści (jak Lew Trocki czy Józef Stalin, który był zsyłany czterokrotnie). Ci ostatni, kiedy doszli do władzy i mogli decydować o milionach ludzkich istnień, swoje doświadczenie przekuli później w masową formę represji.

W latach 30. i 40. XX wieku już ogromne masy „specjalnych przesiedleńców” były przerzucane z ziemi rodzinnej do oddalonych zazwyczaj o tysiące kilometrów wiosek i osiedli. W większości byli to „kułacy” i bogatsi chłopi wysiedlani z przyczyn politycznych. Polacy, Ukraińcy, Czeczeni czy Niemcy nadwołżańscy zostali wyrzuceni ze swych domów z powodu narodowości.

Represje z powodów narodowościowych można prześledzić na przykładzie Czeczenów. Już w XIX wieku Rosja stosowała wobec nich jawny terror: palono osady, mordowano ich mieszkańców, niszczono na pniu zbiory, konfiskowano bydło... Skutkowało to głodem i jeszcze większym oporem wśród Czeczenów, znów brutalnie tłumionym, w wyniku czego naród czeczeński od II połowy XIX wieku do 1917 roku zmniejszył się aż czterokrotnie. Ostateczną rozprawę z Czeczenią władze sowieckie zaplanowały na 1944 rok, kiedy postanowiono wysiedlić do Kazachstanu Wajnachów (grupę etniczną obejmującą Czeczenów i Inguszów) pod pretekstem sprzyjania przez nich faszystom i zlikwidować Republikę Czeczeńsko-Inguską, funkcjonującą dotąd w ramach ZSRS.

Brutalna akcja deportacyjna rozpoczęła się 23 lutego 1944 roku.

Tam, gdzie nie można było przeprowadzić jej tak sprawnie, jak to zaplanowano (szczególnie w trudnych terenach górskich), mordowano ludzi na miejscu. Nie da się policzyć tych ofiar, ale tylko w miejscowości Chajbach, która stała się krwawym symbolem deportacji, zabito około 700 osób – od niemowląt do starców. Wywieziono wówczas niemal cały naród – ponad 400 tysięcy Czeczenów, a wraz z deportacją ludności rabowano mienie, niszczono bezcenne zabytki kultury: arabskojęzyczne traktaty filozoficzne, medyczne, matematyczne, literaturę piękną, zabytki sztuki i architektury, cmentarze. Zmieniano potem nazwy rejonów administracyjnych, miast, osad, ulic, instytucji.

W opustoszałych domach osiedlała się ludność z innych regionów ZSRS, głównie Rosjanie.

Czeczeni i Ingusze mogli wrócić na Kaukaz Północny dopiero po śmierci Stalina – dekret zwalniający ich z osiedlenia specjalnego wydano w lutym 1957 roku. Między spontanicznie powracającą ludnością czeczeńską a nowymi, lecz już zadomowionymi, mieszkańcami narastały konflikty. Polityka władz centralnych też nie sprzyjała Czeczenom, była bowiem skoncentrowana przede wszystkim na podporządkowaniu spraw narodowych scentralizowanemu państwu i jednolitemu społeczeństwu sowieckiemu. Czeczeni nie mogli odzyskać swoich domów, zajmować kluczowych stanowisk we władzach i przemyśle, ograniczano im edukację i używanie języka czeczeńskiego w szkole, mediach, literaturze. Po kilku dziesięcioleciach poskutkowało to wojną rosyjsko-czeczeńską i konfliktem właściwie niezakończonym do dziś.

Z kolei pierwsze masowe wysiedlenia Polaków miały miejsce w okresie wielkiej czystki w latach 1937–1938. W ramach „operacji polskiej”, oprócz aresztowań, egzekucji i uwięzienia w łagrach, wywieziono także na Syberię członków rodzin aresztowanych.

 

CZTERY DEPORTACJE

Do największych akcji represyjnych skierowanych przeciwko obywatelom polskim należały cztery masowe deportacje ludności w głąb ZSRS w latach 1940–1941. Po zajęciu wschodnich ziem Rzeczypospolitej 17 września 1939 roku przez Armię Czerwoną niemal od razu zaczęły się tam masowe represje. Biuro Polityczne KC WKP(b) już w grudniu 1939 roku wskazało jako pierwszych do wywózki osadników wojskowych i cywilnych oraz leśników, a ich majątek miał zostać skonfiskowany i przekazany kołchozom, sowchozom oraz na potrzeby oświaty i służby zdrowia. Zarzutem wobec tych osób było to, że służyły rządowi „burżuazyjnej Polski”, „wykorzystywały pracę najemną”, prowadziły „aktywną walkę z władzą sowiecką w 1920 roku” (czyli podczas wojny polsko-bolszewickiej), a na wypadek konfliktu z ZSRS zostały przygotowane do działania w charakterze „szpiegów” i „terrorystów”. Polscy osadnicy i leśnicy mieli zostać rozlokowani w odległych, specjalnych osiedlach NKWD (specposiołkach), zorganizowanych na terenach wyrębu lasów oraz w przedsiębiorstwach hutnictwa metali kolorowych.

Pierwsza akcja wysiedleńcza rozpoczęła się o świcie 10 lutego 1940 roku. Na wyznaczonych stacjach kolejowych oczekiwały pociągi z bydlęcymi wagonami, wyposażonymi w drewniane prycze. Do domów i mieszkań osób przewidzianych do deportacji załomotali funkcjonariusze NKWD, żołnierze z bronią i przedstawiciele miejscowego „aktywu”. Wyrwani ze snu ludzie usłyszeli, że są przesiedlani „do innego obwodu”, przeprowadzano w ich domach rewizje (rzekomo w poszukiwaniu broni), kazano im ubrać się i spakować najpotrzebniejsze rzeczy. W ogromnym stresie, przy płaczu dzieci, w bałaganie spowodowanym przez plądrowanie domu, trudno było przestraszonym ludziom zdecydować w krótkim czasie, co faktycznie mogło być konieczne w nowym, nieznanym nikomu miejscu osiedlenia. Następnie pod strażą dowożono ich zarekwirowanymi saniami, furmankami lub ciężarówkami (a był wyjątkowy mróz – sięgał 35–40 stopni) do punktu zbornego lub bezpośrednio do stacji kolejowych.

Moment wysiedlenia zapisała deportowana z Pińska na Polesiu do Kraju Ałtajskiego, wówczas dwunastoletnia, Aurelia Raszkiewicz:

 „10 lutego 1940 przyszli po nas. Mamusi nie było. Wyjechała tego dnia za miasto po żywność. Opiekowali się nami dziadkowie. O pierwszej w nocy obudziło nas silne stukanie do drzwi i okien. Okiennice były pozamykane, nie widzieliśmy, kto stuka. Kiedy dziadek otworzył, wpadło jak wicher, jak stado baranów, wielu rosyjskich żołnierzy z karabinami w pozycji do ataku, krzycząc przeraźliwie: «Dawaj, sobirajsia, poszli na dwor, dawaj orużyje!» [Zbierać się, wychodzić na dwór, dawać broń!]. W nocnej koszulinie i boso wyszłam zobaczyć, co się dzieje. Babcia klęczała przed żołnierzami i, płacząc, tłumaczyła im, że nigdzie nie pojedzie bez córki i matki czworga małych dzieci, a tym bardziej nie puści dzieci samych. Ale oni mówili: «Babuszka, nie płacztie, Moskwa slezam nie wierit» [Babciu, nie płacz, Moskwa nie wierzy łzom]. [...]

Kiedy byliśmy już ubrani i spakowani, a żołnierze wynosili nasze rzeczy na stojące przed domem furmanki, wnosiłam niektóre rzeczy z powrotem, żeby opóźnić wyjazd, aż wróci nasza mama. W końcu obiecali, że ją potem przywiozą. Zapieczętowano nasz dom.

Świtało już, kiedy furmanki dojechały do rampy kolejowej. Na rękach babci spał maleńki Bogdan. Przy dziadku, trzymając się za ręce, stali Marysia i Bolek. [...] Minęły dwie doby. Transport został już całkiem załadowany ludźmi. Naszej mamy jednak do nas nie przywieźli. Nadeszła najgorsza chwila mojego dzieciństwa. Pociąg ruszył, zagwizdała przeraźliwie lokomotywa. Stukot kół pędzącego pociągu zagłuszył płacz i modlitwę ludzi. Pamiętam, że babcia i dziadek trzymali się mocno za ręce i patrzyli na siebie z rozpaczą, wciąż nie dowierzając, że jadą z nami bez rodziców. Wszyscy odmawialiśmy Pod Twoją Obronę uciekamy się..., połykając łzy. Jechała z nami bieda, wszy, pluskwy, choroby i śmierć”.

Do wagonu pakowano po 30–50 osób z bagażem. Znajdował się tam żelazny piecyk, za „toaletę” służyła dziura w podłodze. Podczas drogi, trwającej czasem nawet kilka tygodni, od czasu do czasu wagony otwierano, by skontrolować i przeliczyć zesłańców, podać wodę i trochę jedzenia, dawano czas na załatwienie potrzeb fizjologicznych.

Długa jazda w warunkach urągających godności człowieka, w nieznane, stała się ogromną udręką dla wszystkich – i fizyczną, i psychiczną.

Podczas lutowej deportacji wywieziono (według źródeł NKWD) w 100 transportach prawie 140 tysięcy polskich obywateli. Najliczniejszą grupę stanowili wśród nich Polacy (prawie 82 procent), Ukraińców było 8,8 procent, a Białorusinów 8,1 procent. Rozlokowano ich w 115 specposiołkach rozrzuconych w 22 obwodach, krajach i republikach autonomicznych: na północy europejskiej części Rosji, na Uralu, Syberii i w Kazachstanie – najwięcej w obwodzie archangielskim, Kraju Krasnojarskim, obwodzie swierdłowskim, Komi ASRS i w obwodzie irkuckim.

Kolejne wysiedlenie, w kwietniu 1940 roku do północnego i wschodniego Kazachstanu, objęło ponad 61 tysięcy osób: Polaków (68 procent), Białorusinów (13,4 procent), Ukraińców (12,3 procent) i Żydów (4,3 procent). Były to rodziny osób represjonowanych od 1939 roku przez Związek Sowiecki (jeńców, więźniów) oraz prostytutki.

Ich majątek podlegał konfiskacie, ze sobą mogli zabrać do 100 kilogramów na osobę. Tę grupę planowano wykorzystać do pracy w przemyśle leśnym i hutnictwie metali kolorowych. Wysiedlano ją etapami. Największa akcja rozpoczęła się nad ranem 13 kwietnia, jej przebieg był podobny do wywózki z 10 lutego, natomiast tym razem ludzie już spodziewali się kolejnej akcji i dlatego przygotowali się, gromadząc na przykład zapasy żywności, pakując odzież i sprzęty domowe. Niektórzy zaś ukrywali się lub uciekali za granicę.

W sowieckiej nomenklaturze tę grupę deportowanych nazywano „wydalonymi w trybie administracyjnym” (administratiwno wysłannyje) bez prawa powrotu.

W przeważającej większości były to kobiety z dziećmi oraz osoby starsze – ludzie wykształceni i dotychczas dość dobrze sytuowani, mieszkańcy miast. W stepach azjatyckich czekały na nich prymitywne warunki bytowe, surowy klimat, kłopoty komunikacyjne, nieznajomość języka i zwyczajów, inna religia. Przymus ekonomiczny sprawił, że, choć nieprzygotowani do ciężkiego wysiłku fizycznego, podjęli pracę ponad siły, głównie w rolnictwie oraz w kopalniach.

Kolejna fala deportacji objęła uchodźców (bieżeńców) z obszarów Rzeczypospolitej, zajętych w 1939 roku przez III Rzeszę, którzy wyrazili chęć powrotu pod okupację niemiecką. Nie zostali oni wpuszczeni przez Niemców, a z kolei nie przyjęli paszportów sowieckich. Dla sowieckiego aparatu bezpieczeństwa stanowili więc element podejrzany politycznie, ale też kłopotliwy (skupieni w strefie przygranicznej, bez mieszkania i pracy). Dlatego zostali w nocy z 28 na 29 czerwca 1940 roku wywiezieni, według tego samego schematu co poprzednie grupy. Deportacja ta objęła ponad 78 tysięcy ludzi, z tego ponad 84 procent stanowili Żydzi, a 11 procent Polacy. Rozmieszczono ich w 14 obwodach, krajach i republikach autonomicznych. Zmuszeni byli pracować tam w przemyśle leśnym, w kopalniach, w budownictwie i transporcie.

Ostatnia w czasie II wojny światowej masowa deportacja obywateli polskich – ssylnoposieleńców (zesłanych na osiedlenie) odbyła się w maju–czerwcu 1941 roku. Miała za cel „oczyszczenie” terytoriów zajętych przez Związek Sowiecki w latach 1939–1940 z „obcych społecznie elementów” – członków rodzin „uczestników kontrrewolucyjnych ukraińskich i polskich organizacji nacjonalistycznych”, którzy przeszli do podziemia lub zostali skazani na karę śmierci: funkcjonariuszy służb mundurowych, oficerów, ziemian, kupców, fabrykantów, wysokich urzędników państwowych, uchodźców „z Polski”, którzy nie przyjęli obywatelstwa ZSRS, element kryminalny.

Deportacja ta w pierwszej kolejności objęła zachodnie obwody Ukraińskiej SRS. W nocy z 21 na 22 maja wysiedlono stamtąd ponad 12 tysięcy osób do obwodów archangielskiego, nowosybirskiego, omskiego i Kraju Krasnojarskiego (Rosyjska FSRS) oraz do obwodu południowokazachskiego. W drugiej kolejności przeprowadzono taką samą akcję 14 czerwca w Litewskiej SRS. W tym przypadku bardzo trudno ustalić, ilu wśród niemal 13 tysięcy deportowanych było obywateli polskich (między 3 a 7 tysiącami). Skierowano ich przede wszystkim do Kraju Ałtajskiego. Wielu mężczyzn odłączono od rodzin, aresztowano i skierowano do łagrów. Wysiedlenie w zachodnich obwodach Białoruskiej SRS rozpoczęto w nocy z 19 na 20 czerwca. Objęło ono ponad 22 tysiące osób, aresztowano również ponad 2 tysiące mężczyzn. Docelowymi miejscami osiedlenia były obwody nowosybirski i omski, Kraj Ałtajski, Kraj Krasnojarski i Komi (wszystkie w Rosyjskiej FSRS) oraz obwód aktiubiński (w Kazachstanie). Zostali przesiedleni bez prawa opuszczania nowego miejsca pobytu.

W sumie w latach 1940–1941 deportowano – według dostępnych źródeł NKWD – co najmniej 320 tysięcy obywateli polskich.

Podróż w nieludzkich warunkach na Wschód była dopiero pierwszym aktem dramatu zesłańców. Kolejnym szokiem było dla nich często brutalne powitanie przez miejscowe władze (które oznajmiały na początek: „Tu zdechniecie”) i warunki, jakie zastali w miejscu osiedlenia – byli kwaterowani w brudnych, zarobaczonych barakach lub ziemiankach, po wiele osób w małym pomieszczeniu, z dala od innych osad czy miast, w środku tajgi lub w bezkresnym stepie. Surowy klimat, prymitywne warunki sanitarne, ciężka praca fizyczna w lasach, tartakach, przy wyrobie mebli, w kopalniach złota, miki, węgla, w kołchozach i sowchozach, w budownictwie, głodowe zarobki, niedostateczne wyżywienie (pracowano na akord – porcje żywności zesłańcom wydzielano w zależności od tego, jaki procent normy dziennej wykonali), brak opieki medycznej i lekarstw, upokorzenia psychiczne, grubiańskie zachowanie nadzorców – wszystko to powodowało wycieńczenie, głód, choroby i nierzadko śmierć.

Wielu zesłańców pozostawiło po sobie zapisy tych trudnych doświadczeń. Wacław Zakrzewski, deportowany w czerwcu 1941 roku z Białostocczyzny do Komi:

„Zostałem sam. Nikogo bliskiego. Sam, mając zaledwie 19 lat, z dala od domu, od swoich, od kraju, oddzielony frontem i trzema tysiącami kilometrów. Stale głodny, stale zmęczony ciężką pracą. Zawsze przez miejscowych traktowany jak gorszej rasy człowiek. [...]

Dowiedziałem się, że na drugim posiołku Isanowsk są lepsze warunki pracy i przebywania. Zdecydowałem więc, że stąd odejdę, i tak zrobiłem. Odszedłem wieczorem, aby rano stanąć na nowym miejscu pracy. Wiedziałem, że proguł [opuszczenie pracy bez pozwolenia] jest karalny, więc tym sposobem chciałem uniknąć kary. Poszedłem w nocy przez tajgę po nieznanej drodze 15 kilometrów. [...]

Po dwóch tygodniach zostałem aresztowany przez NKWD i za dwa dni osądzony. Otrzymałem wyrok: za samowolne opuszczenie miejsca pracy pół roku isprawitielnych łagieriej [poprawczych obozów pracy]. [...] O ile do tej pory było mi źle, to teraz zaczynało się sto razy gorsze.

Wyprowadzono nas z cel na plac przed więzieniem. [...] Sprawdzono listę i ogłoszono, że idziemy do obozu pracy, gdzie dobrą pracą odkupimy nasze winy wobec ojczyzny. Czyjej ojczyzny – mojej? Po tym przemówieniu usłyszałem po raz pierwszy formułkę słowną, którą słyszałem codziennie, aż do odzyskania «wolności», wyjścia z obozu.

«Wnimanije, wnimanije. Za niepodczynienije konwoju, szag w prawo, szag w lewo primieniajetsia orużyje bez preduprieżdienija. Szagom marsz» [Uwaga, uwaga.

Za nieposłuszeństwo wobec konwoju, za krok w prawo, krok w lewo będziemy strzelać bez uprzedzenia. Równym krokiem naprzód marsz]. I poszliśmy. Jaka droga nas czekała, nikt nie wiedział i nie zdawał sobie sprawy. Szło nas ze trzysta osób. Sami mężczyźni. [...]

Podróż trwała dwadzieścia dni. Każdy następny dzień był gorszy od poprzedniego. Każdego dnia było nas mniej. Każdy następny dzień to jeszcze jeden dzień wysiłku, jeszcze jeden dzień marszu, jeszcze jeden dzień głodowego wyżywienia, a wytrzymałość ludzka jest ograniczona. [...] Kto upadł i nie pomogły mu kolby i psy, to dopiero kładziono go na sanie i wieziono, aż zesztywniał. Gdy był już gotowy, zakopywano go w śniegu, bo ziemia była zamarznięta. Dlatego wlekli się wszyscy, dopóki mogli, aby nie zostać, aby dalej żyć [...].

Szliśmy dziennie około 20 kilometrów. Rano i wieczorem dostawaliśmy kawałek chleba na cały dzień. Był wieziony na saniach i tak zmarznięty, że ugryźć go nie było można, trzeba było go włożyć za pazuchę, aby trochę się ogrzał i rozmarzł. [...] Striełki [strażnicy] prowadzili nas od postoju do postoju i też klęli nas i tę drogę, i służbę, która kazała nas prowadzić. [...] Oni ubrani w kożuchy, watowane spodnie, na nogach walonki, w futrzanych czapkach i konno, a my – nędzarze, jak kto miał. Byli i tacy, którzy palta porządnego nie mieli. Niektórzy w bucikach, aresztowani jeszcze latem, zupełnie nieprzygotowani na taki mróz. [...]

Miałem jesionkę na watolinie, sweter, czapkę z nausznikami, no i co najważniejsze – miałem 20 lat i chęć powrotu do Polski, i zacięty upór przetrzymania wszystkiego, mimo wszelkich przeciwności. Właśnie ta wola powrotu okazała się najważniejsza, ci, co ją stracili, już nie wracali. Wystarczyło tylko zwątpić na chwilę, aby poddać się mrozowi, śniegowi i śmierci. Ona – kostucha – zawsze za nami chodziła, jakby tylko czekała na chwilę słabości.

4 stycznia 1942 wprowadzono nas do obozu. Nareszcie skończyło się to ciągłe: «Dawaj, dawaj, wpieriod» [Dalej, dalej, naprzód]. Nareszcie komenda: «Stoj!». Każdy siedział i odpoczywał tam, gdzie stał. Przyszedł komendant i powitał nas. Powitanie miłe i obiecujące. Według jego słów przyszliśmy do pensjonatu, w którym tylko jedna rzecz była inna – zamiast wypoczynku dużo pracy. Mówił:

«Baraki tiopłyje, kuszańja chwatit dla wsiech, ochrana wsiem połagajetsia, żyzń po wsiem zakonam» [Baraki są ciepłe, jedzenia wystarczy dla wszystkich, wszystkim należy się prawo do ochrony, żyje się tu zgodnie z prawem].

Ci, co przyszli tu powtórnie, tylko się uśmiechają, oni wiedzą, co to znaczy, ale my poczuliśmy się pewniejsi i zaświtała jakaś nadzieja. Może nie jest tak źle, jak mówili. [...]

Byliśmy w obozie Gosudarstwiennyj Łagier nr 2125. [...] Zaraz pierwszej nocy, gdy usnąłem, poczułem, że ktoś mi z nogi ściąga but. Kopnąłem drugą nogą. Wtedy mnie przydusili i buty zdjęli. Usłyszałem tylko nad uchem jedno syczące słowo: «Mołczaj» [Milcz]. I milczałem, ponieważ jeden z bywalców na drugi dzień powiedział mi, abym nic nie mówił, gdyż oni mi butów i tak nie oddadzą, a tylko będą się mścili. [...]

Na drugi dzień, ponieważ nie miałem w czym wyjść do roboty, dali mi dwa kawałki opony samochodowej, zapiętej z przodu i z tyłu drutem i dwa kawałki worka na onuce. Okręcałem tymi onucami nogi, wkładałem do tak zaimprowizowanego buta i w tym chodziłem. [...]

Chodziliśmy do lasu wyrąbywać drzewa. [...] Tam w czworoboku nacinano drzewa i poza linię tych nacięć nie wolno było wychodzić. Na rogach pilnowali striełki. Zazwyczaj było ich z taką grupą roboczą pięciu. Kiedyś jeden zakluczony [więzień], piłując drzewo, coś źle wyliczył i upadło ono poza linię. Chcąc odciąć z tego drzewa jak największy kawałek, wyszedł za linię i je piłował. Striełok to zobaczył i zastrzelił go na miejscu. Spisali striełki protokół, podpisali i kazali podpisać starszemu grupy. Stwierdzili, że chciał uciekać i w czasie ucieczki został zastrzelony. Po tym wypadku każdy bał się zrobić krok w prawo czy w lewo. [...]

4 lipca 1942 wezwano mnie do kancelarii. Dostałem buty, ubranie i życzenia niewracania tu nigdy, a następnie samochodem jadącym po prowiant odwieziono mnie do Syktywkaru. Żadnych dokumentów nie dostałem, więc musiałem wrócić na stare miejsce zamieszkania – do tego samego posiołka, do którego trafiłem na samym początku. Tam już poczułem się jak w domu. Znajome twarze, ludzie z Polski – przyjazne. Moje resztki rzeczy przechowali mi. Przyjęto mnie z powrotem do pracy i pozwolono żyć. [...]

Niedługo potem dostaliśmy wezwanie do NKWD. Dowiedzieliśmy się, że idziemy tam, aby podpisać zgodę na przyjęcie obywatelstwa sowieckiego. Edek i ja zdecydowaliśmy, że nie wyrzekniemy się polskiego obywatelstwa. [...] Za odmowę zaś groziła kara 2 lat obozu pracy. Mimo wszystko zdecydowaliśmy nie przyjąć ich propozycji. [...] «Podpiszytie» [Podpiszcie]. Ja znowu: «Nie». Wtedy jeden wyciąga pistolet, ładuje i ze słowami: «Ubju, ty polskaja swołocz» [Zabiję cię, ty polska kanalio] kieruje lufę w moją stronę. «Podpiszy» [Podpisz]. Zaczyna mi wymyślać i kląć. [...] Po chwili zaczynają znów po dobroci do nas mówić, abyśmy jednak podpisali. My zdecydowanie odmawiamy. Wtedy sędzina mówi, że jesteśmy wolni i możemy iść. Początkowo nie chce nam się wierzyć w to, co usłyszeliśmy. Gdy nam powtórzono, to podnieśliśmy się i idziemy do drzwi. [...] Wychodzimy i jeszcze nie wierzymy, że nas nie zatrzymali. [...]

Od tego momentu przestaliśmy być pracownikami.

Zostaliśmy usunięci z pracy, bez kartek na chleb i na żywność. Z lasu kazano nam odejść. Gdzie? «To nas nie obchodzi, tylko u nas mieszkać wam nie wolno. Odjechać nigdzie nie możecie, bo trzeba mieć przepustkę». [...]

Przenieśliśmy się do Nowakowej, która mieszkała cały czas we wsi. Na siedem osób tylko ona miała kartkę żywnościową. Dostawała na nią 400 gramów chleba i dwie zupy, jedną rano i jedną wieczorem. Z tego jedzenia korzystała Nowakowa i jej dwoje małych dzieci. My we czworo, czyli Lodka, Wanda, Edek i ja żyliśmy jak ptaki z tego, co ukradliśmy. Kradliśmy, co tylko dało się zjeść. [...]

Bez pracy i prawa do jedzenia przeżyliśmy trzy miesiące.

Trzy straszne, długie i głodne miesiące. [...] Kończył się czas panowania długiej nocy, zaczynał czas dnia długiego. [...] Człowiek w czasie białych nocy czuje się jakby jednym z członków tej natury, tego środowiska. Staje się cząstką tajgi. Przychodzi pora włączenia się w ogólny rytm życia tajgi.

Krew zdaje się krążyć szybciej, ciągnie go gdzieś w nieznane, zachwyca go cała natura. Nad młodą trawką się zaduma, wróci wspomnieniami do stron rodzinnych, do nocy parnych, do śpiewu słowika tam, w kraju, do bliskich, których czuło się koło siebie. Każde odkrycie, że to już wiosna, kojarzy się z czymś, przywołuje tęsknotę za bliskimi, za rodzinnymi stronami, za rodziną”.

 

ARMIA ANDERSA

 

KALENDARIUM EWAKUACJI OBYWATELI POLSKICH Z ARMIĄ ANDERSA:

1941

  • 30 lipca – podpisanie porozumienia Rządów RP i ZSRS, zwanego układem Sikorski–Majski
  • 10 sierpnia – gen. Władysław Sikorski nominuje gen. Władysława Andersa na dowódcę Armii Polskiej w ZSRS
  • 14 sierpnia – podpisanie polsko-sowieckiej umowy wojskowej, która stanowi podstawę utworzenia Armii Polskiej w ZSRS (około 30 tysięcy żołnierzy)
  • 19 sierpnia – ustalenie punktów mobilizacyjnych: Buzułuk (sztab Armii), Tockoje i Tatiszczewo; decyzja o stworzeniu komisji mobilizacyjnych i wysłaniu ich do obozów jenieckich
  • 10 września – do punktów mobilizacyjnych przybywa z obozów sowieckich około tysiąca oficerów i ponad 21 tysięcy podoficerów polskich
  • 15 października – we wszystkich obozach przebywa około 38 tysięcy żołnierzy i 2 tysiące cywilów
  • 24 października – premier brytyjski Winston Churchill obiecuje dostarczyć pełne wyposażenie dla Armii Polskiej oraz sugeruje jej ewakuację z ZSRS do Iranu
  • 4 grudnia – Stalin i Sikorski porozumiewają się co do rozszerzenia Armii Polskiej do 96 tysięcy żołnierzy, ewakuacji nadwyżek poborowych na Zachód oraz zmiany miejsc stacjonowania jednostek polskich w ZSRS
  • 14 grudnia – Sikorski w Tatiszczewie – oddziały defilują przed Naczelnym Wodzem w kufajkach, podartych płaszczach i dziurawych butach

 

1942

  • 6 lutego – początek pracy polskich komisji poborowych w Kazachstanie, Uzbekistanie i Kirgizji
  • 15 lutego – liczba żołnierzy: 48 411, zwiększenie stanu następuje powoli z powodu wysokiej śmiertelności na skutek chorób i epidemii
  • 15 marca – stan Armii wynosi około 67 tysięcy
  • 17 marca – Dowództwo Armii Polskiej tworzy Radę Opieki Społecznej dla polskich cywilów, komitety opiekuńcze obejmują swoją działalnością około 370 tysięcy ludzi
  • 18 marca – zgoda Stalina na ewakuację ponad 44 tysięcy Polaków do Iranu
  • 29 marca – Sowieci żądają likwidacji polskich placówek wojskowych, wstrzymuje to dopływ ochotników do Armii
  • 4 kwietnia – zakończenie pierwszego etapu ewakuacji – do tego dnia ZSRS opuszcza ponad 47 tysięcy ludzi, w trakcie ewakuacji lub bezpośrednio po niej umiera około tysiąca osób
  • 13 kwietnia – wstrzymanie przez władze sowieckie poboru do polskiego wojska
  • 5 czerwca – stan Armii: około 43 tysięcy żołnierzy
  • 5 lipca – Naczelny Wódz powiadamia gen. Andersa o zgodzie rządu polskiego na ewakuację
  • 31 lipca – zgoda Sowietów na ewakuację w dniach 5–25 sierpnia
  • 9 sierpnia – rozpoczęcie ewakuacji
  • 31 sierpnia – zakończenie ewakuacji oddziałów polskich z ZSRS
  • 1 września – ostatni transport do Pahlawi, ZSRS łącznie opuściły 115 742 osoby: 78 470 żołnierzy i 37 272 cywilów (w tym 13 948 dzieci) Polscy deportowani nie mieli szans na opuszczenie ZSRS do wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej 22 czerwca 1941 roku. Zmiana sytuacji międzynarodowej po inwazji III Rzeszy na ZSRS zmusiła Związek Sowiecki do zmiany polityki i szukania sprzymierzeńców. Doszło do ponownego nawiązania stosunków dyplomatycznych rządu polskiego na uchodźstwie z ZSRS (zostały zerwane po agresji Armii Czerwonej na Polskę 17 września 1939 roku). Pierwsze spotkanie premiera gen. Władysława Sikorskiego i ministra spraw zagranicznych RP Augusta Zaleskiego z Iwanem Majskim, ambasadorem ZSRS w Wielkiej Brytanii, odbyło się 5 lipca 1941 roku w Londynie. Uzgodniono wówczas tekst porozumienia polsko-sowieckiego, tzw. układu Sikorski–Majski, który został podpisany 30 lipca 1941 roku. Obie strony zobowiązały się do wzajemnej pomocy i poparcia w wojnie przeciwko Niemcom hitlerowskim, a na terytorium ZSRS miała powstać armia polska. Rząd sowiecki zobowiązał się w dodatkowym protokole udzielić „amnestii” wszystkim obywatelom polskim, którzy byli uwięzieni na terytorium ZSRS: łagiernikom, więźniom, zesłańcom, jeńcom, w sumie – prawie 390 tysiącom ludzi. (Termin „amnestia” zapisywany jest w cudzysłowie, bowiem amnestia jest aktem łaski ze strony władzy, na mocy którego darowana jest cała kara lub jej część – polscy zesłańcy i jeńcy w ZSRS nie zostali skazani sądownie, wobec czego nie mogli być ułaskawieni.). Powstało wtedy na terytorium ZSRS 20 terenowych delegatur Ambasady RP, a także placówek mężów zaufania w skupiskach obywateli polskich; zadaniem tych placówek było objęcie „amnestionowanych” opieką i pomocą materialną. Na terytorium ZSRS zaczęto tworzyć polskie wojsko.

Gen. Władysław Sikorski mianował na jego dowódcę gen. Władysława Andersa, zwolnionego 4 sierpnia 1941 roku z więzienia moskiewskiego. Jako miejsca formowania armii Andersa wyznaczono miejscowości na środkowym Powołżu i południowym Uralu: Buzułuk (dowództwo), Tockoje (6. Lwowska Dywizja Piechoty i Ośrodek Zapasowy Armii), Kołtubankę (pułk zapasowy) w obwodzie czkałowskim (obecnie orenburski) oraz Tatiszczewo w obwodzie saratowskim (5. Wileńska Dywizja Piechoty).

Jacek Łopuszański, zwolniony z łagru koło Magadanu, dotarł do punktu formowania polskiego wojska i zgłosił się do komisji rekrutacyjnej: „W kolejce ustawiło się już kilku mężczyzn tak wychudzonych i słabych, że niektórzy z nich nie mogli stać o własnych siłach. Kilku bardzo chorych leżało na ziemi. [...] Widziałem rodaków, którzy umarli z wyczerpania tuż przed badaniem lekarskim.

W końcu nadeszła moja kolej. Lekarz stwierdził, że stan mojego zdrowia jest całkiem niezły. Na podstawie mojego przedwojennego powołania do Szkoły Podchorążych Kawalerii, zdecydowano, że dołączę do 7. dywizjonu rozpoznawczego kawalerii w Kenimechu, jakieś 40 kilometrów od Kermine.

Ściemniało się. Wraz z innymi rekrutami zrzuciliśmy nasze łachy na wielki stos, który natychmiast podpalono.

W płomieniach zniknęła moja sowiecka przeszłość wraz z sowieckimi wszami. Po umyciu się dostałem czystą, brytyjską bieliznę, koszulę i mundur. Urodziłem się na nowo.

Od chwili, gdy włożyłem mundur, chodziłem jak we śnie. Wciąż go dotykałem. Patrzyłem ciągle na biało-czerwoną flagę powiewającą nad bramą fortu, przyglądałem się polskim żołnierzom. Nareszcie byłem wśród swoich. Byłem wolny”.

Ewakuacja części Wojska Polskiego rozpoczęła się 24 marca 1942 roku i trwała do 4 kwietnia. Z bazy ewakuacyjnej w Krasnowodzku nad Morzem Kaspijskim odpłynęło do Pahlawi w Iranie 31 tysięcy żołnierzy i ponad 12 tysięcy osób cywilnych (rodzin wojskowych). Podczas drugiej ewakuacji do 1 września 1942 roku wyjechało do Iranu 29 tysięcy cywilów i 41 tysięcy żołnierzy, a do Indii ponad 2600 cywilów. Ogółem w 1942 roku terytorium ZSRS opuściło ponad 115 tysięcy polskich łagierników i zesłańców.

Ci, którzy „nie zdążyli do Andersa” (pomimo „amnestii” w obozach pozostało nadal około 10 tysięcy obywateli polskich, a jeszcze więcej na zesłaniu w różnych regionach ZSRS), w 1943 roku zgłaszali się do nowo tworzonej w Związku Sowieckim Dywizji Piechoty im. T. Kościuszki w Sielcach nad Oką pod dowództwem płk. dypl. Zygmunta Berlinga, który zdezerterował z armii gen. Władysława Andersa. Niebawem napływ rekrutów pozwolił sformować I Korpus Polskich Sił Zbrojnych w ZSRS, a w połowie marca 1944 roku – Armię Polską w ZSRS. W lipcu 1944 roku liczyła ona około 107 tysięcy żołnierzy.

 

REPATRIANCI

Lecz byli tacy zesłańcy, którzy nadal nie mogli opuścić Związku Sowieckiego. Ważną pomocą dla nich stały się wewnętrzne przesiedlenia, organizowane przez powstałą na terenie ZSRS organizację polskich komunistów – Związek Patriotów Polskich. Władze ZPP zwróciły się na początku 1944 roku do rządu sowieckiego o przemieszczenie polskich obywateli z obszarów o najtrudniejszych warunkach klimatycznych, a 5 kwietnia Sowieci wyrazili zgodę na zmianę miejsc pobytu prawie 27 tysięcy osób wegetujących w Komi, w obwodzie archangielskim, Komi-Permiackim Okręgu Narodowościowym, okręgu narymskim w obwodzie nowosybirskim, obwodzie irkuckim i w Jakucji. Wyznaczono im nowe miejsca pobytu na Ukrainie (obwody chersoński, sumski, czernihowski) oraz w Federacji Rosyjskiej (Kraje Stawropolski i Krasnodarski, obwody saratowski, rostowski, woroneski i kurski). Potem ZPP uzyskał zgodę na kolejne tego typu przesiedlenia, które objęły 1500 osób z Komi – przeniesionych do obwodu kirowskiego, prawie 55 tysięcy osób z obwodów: akmolińskiego (dziś akmolski), aktiubińskiego (dziś aktobski), kustanajskiego, chorezmijskiego, Karakałpacji, z obwodu kemerowskiego, Kraju Krasnojarskiego, obwodu mołotowskiego (dziś permski), omskiego, swierdłowskiego i wołogodzkiego – na Ukrainę.

Zakończenie II wojny światowej dla wielu polskich zesłańców oznaczało możliwość powrotu do kraju i swoich domów, dla licznych jednak – nie, bowiem określenie nowych granic Polski równało się z wyborem: czy wrócić do swojego domu na ukochanych Kresach, które znalazły się poza granicami Polski, czy jechać do nowej Polski i zaczynać życie zupełnie od początku.

Pierwsze transporty z repatriantami (w sumie ponad 248 tysięcy osób) wyruszyły do Polski w końcu stycznia 1946 roku, ostatni – w drugiej dekadzie czerwca 1946 roku. Irena Nieciengiewicz spędziła na zesłaniu 6 lat, w czasie zesłania za odmowę przyjęcia paszportu sowieckiego (który uniemożliwiłby jej ostatecznie wyjazd ze Związku Sowieckiego) w 1943 roku została skazana na łagier, gdzie spędziła 2 lata. O powrocie do Polski pisała:

 „Kolejna zima różniła się tym od poprzedniej, że istniało już teoretycznie postanowienie o naszym powrocie do kraju. Byliśmy znowu sojusznikami, istniała Polska, ale najważniejsze były trudności obiektywne. [...] Nastroje nasze, polskie, zmieniały się w zależności od kolejnej wiadomości, raczej plotki, która głosiła, że wyjazd nastąpi w przyszłym miesiącu lub że trzeba będzie czekać jeszcze długo, bo brak wagonów. [...]

Wyjechaliśmy po sześciu latach, i droga, choć już znana, trwała o tydzień dłużej. [...] Wracaliśmy też cielęcymi wagonami, jechaliśmy znowu bez zatrzymywania się w miastach, czasami tylko na jakiejś bocznej linii staliśmy dłużej. Nie wysiadałam chyba ani razu; lepiej nie ryzykować, gdyby odjechał, bo jak gonić? Jechałyśmy z mamą w nieznane, nie wracamy do domu, bo go nie ma – bo tam, gdzie był, nie ma Polski. Wiadomości o ojcu brak. Znając go, jego energię, umiejętność pokonywania każdej trudności, [...] pozostaje jedynie domyślać się, że nie ma go wśród żywych. Brat jest chyba gdzieś w świecie daleko. [...]

Jechałam do tej wyśnionej Polski – czy ona czeka na nas? Ta Polska, której nie ma tam, gdzie była, ta już nie czeka; ta, która jest tam, gdzie przedtem jej nie było, tam nie chcę jechać. Byłam na Kresach Wschodnich, nie ma ich, są Zachodnie, nie chcę już Kresów. [...] W tej drodze minęliśmy się z jakimś dziwnie niepojętym, przerażającym pociągiem. Mijaliśmy się, jadąc przez las – nasz pociąg jadący na zachód i tamten, też bydlęcy, ale zakratowany. Przez te zakratowane okienka wołano do nas po polsku. [...]

Zatrzymaliśmy się w dawnej Polsce, a wtedy już w Związku Sowieckim, w kiedyś schludnym miasteczku, może nawet w Baranowiczach. Odczepiano parowóz, można więc było bez obaw wyjść i popatrzeć, jak to jest teraz w tej byłej Polsce. [...] Weszłyśmy z Mirką do jakiejś niedużej dawnej kawiarenki. Stało tam kilka stolików, było prawie pusto. Przy bufecie siedziała milcząca pani. Zapytałam, co można tutaj dostać. Bez słowa pokazała dzbanek z płynem, był to chyba kwas chlebowy. Dawniej robiła go niania z rodzynkami.

W dzbanku pływało coś w tym płynie. Podeszłam bliżej, pływała w nim mucha. Przy stoliku przy oknie siedziało dwóch panów, przed nimi stały szklanki, chyba z tym kwasem. Przyszli pewnie, by tak przy szklaneczkach porozmawiać, jeden podparł się łokciem, pokiwał głową i z przekonaniem oznajmił po rosyjsku: «Tiepier’ wsio nasze – i tiurma, i parasza» [Teraz wszystko jest nasze – i więzienie, i kibel]. [...] Pomyślałam wtedy: wiadomo, człowiek uświadomiony, przekonał się, do jakiego szczęścia dożył, doczekał. [...]

Usnęłam, nim pociąg ruszył. Obudziło mnie hamowanie. Pierwsza myśl – czy już w Polsce? Usłyszałam wtedy pierwsze słowo w Polsce, niestety nie był to wyraz salonowy [...]. Za chwilę do wagonu weszła grupka młodych ludzi.

Padały pytania: Skąd? Jak było? I wiele innych jednocześnie. My też pytaliśmy, zabrakło czasu na odpowiedzi, bo pociąg ruszał. Pojechaliśmy dalej. Każdy z nas był tego dnia wyjątkowo spięty, przejęty i z ogromnym zainteresowaniem patrzył na ten nowy dla nas wszystkich świat [...]. I każdy na pewno się zastanawiał, jak nas ten nowy, choć swój świat przyjmie”.