wersja kontrastowa


3. GUŁAG – niewolnicza praca 1919–1950

 

3.

GUŁAG – NIEWOLNICZA PRACA 1919–1950

 (MAPA 3.)

 

Hasło „Nie pracujesz – nie jesz” od samego początku towarzyszyło nowemu systemowi sowieckiemu, który uznawał pracę za powszechny obowiązek. Przymus pracy stanowił przede wszystkim karę o charakterze klasowym. Początkowo stosowano ją wobec „wrogów ludu”; już słynny dekret „Socjalistyczna ojczyzna w potrzebie” z 1918 roku przewidywał wcielenie wszystkich zdolnych do pracy przedstawicieli burżuazji (bez względu na płeć) do batalionów roboczych i rozstrzeliwanie opornych.

W dekrecie o walce ze spekulacją z lipca tego samego roku ustanowiono karę 10 lat pozbawienia wolności połączoną z „najuciążliwszymi pracami przymusowymi”, przy czym kary dla osób z dawnych klas posiadających miały być połączone z ich poniżeniem, na przykład poprzez kierowanie do oczyszczania ulic czy obozów.

Przewodniczący Czeka, Feliks Dzierżyński, w lutym 1919 roku podkreślał rolę obozów koncentracyjnych, które miały stać się „szkołą pracy”: „Jeszcze teraz praca aresztowanych nie jest wykorzystywana na robotach publicznych i proponuję pozostawić te obozy koncentracyjne w celu wykorzystania pracy aresztowanych, dla panów żyjących bez stałego zajęcia, dla tych, którzy nie potrafią pracować bez prawdziwego przymusu [...], taki środek karania powinien być zastosowany za niewłaściwy stosunek do obowiązków, niesumienność, spóźnienie itd. W ten sposób zdołamy podciągnąć także naszych własnych pracowników”.

12 maja 1919 roku przyjęto dekret „O obozach prac przymusowych”, na bazie którego zaczęto tworzyć obozy w granicach miast, w obiektach takich jak klasztory czy dwory. Miały powstać we wszystkich miastach gubernialnych, każdy z nich miał pomieścić nie mniej niż 300 więźniów. Dekret wprowadził też zasadę samoopłacalności, później realizowaną w Gułagu za wszelką cenę. Więźniowie za pracę mieli otrzymywać wynagrodzenie, z którego część – nie więcej niż trzy-czwarte – miała być potrącana na utrzymanie obozu.

Od początku istotą Gułagu stało się więc wykorzystanie więźniów do niewolniczej pracy, a jego celem – jak największa wydajność przy minimum nakładów. Najpierw tysiące, potem miliony ludzi pracowały ponad siły na rzecz państwa sowieckiego. System łagrowy w okresie swojego największego rozwoju obejmował kilka tysięcy obozów, podobozów, punktów łagrowych i kolonii pracy. Więźniowie byli w nich przetrzymywani w skrajnie niehumanitarnych warunkach bytowych, zbliżonych do niemieckich obozów koncentracyjnych w czasie II wojny światowej: w brudnych, zimnych barakach, mieli wydzielane głodowe racje żywnościowe uzależnione od wykonywania norm pracy, przekraczających możliwości wycieńczonego człowieka.

W obozach w pobliżu koła podbiegunowego musieli pracować przy kilkudziesięciostopniowym mrozie.

Wyśrubowane normy pracy i niedostateczne wyżywienie osłabiały organizm w ciągu kilku tygodni. Ludzie tracili przytomność, padając w zaspy, niejeden już się z nich nie podniósł. Więźniowie uciekali się do wszelakich sposobów, żeby trafić do lżejszych brygad roboczych. Na przykład przy wyrębie drzew „odświeżali” wcześniej ścięte stosy belek leżące w sągach w lesie, których nie byli w stanie policzyć strażnicy, spiłowując końcówki, by wyglądały na świeże.

Na porządku dziennym były również samookaleczenia: uszkodzenia kończyn, zasypywanie do oczu pyłu ze startego ołówka, wstrzykiwanie ropy naftowej pod skórę, dzięki którym można było wyrwać się z brygady roboczej i trafić do szpitala, choćby na parę dni.

Do niewolniczej pracy w Gułagu trafić mogli właściwie wszyscy, system nie oszczędzał nawet swoich wyznawców. Podczas wielkiego kryzysu w Stanach Zjednoczonych grupa robotników amerykańskich (z pochodzenia Finów) postanowiła na zaproszenie sowieckiej propagandy przyjechać do pracy w fabrykach ZSRS jako wykwalifikowana kadra. Około 25 tysięcy ludzi chciało pracować na rzecz nowego państwa sowieckiego – skończyło się to dla nich tragicznie, bowiem w końcu lat 30. zostali uznani za „element niepewny politycznie” i wysłani do obozów.

Więźniowie Gułagu zatrudniani byli przy pozyskiwaniu surowców naturalnych (jak na przykład w kołymskich kopalniach złota, węgla, niklu czy przy wydobyciu torfu i wyrębie drzew w syberyjskiej tajdze), byli siłą roboczą praktycznie we wszystkich dziedzinach przemysłu i rolnictwa: w fabrykach chemicznych, wielkich zakładach metalurgicznych, zbrojeniowych, tekstylnych, w elektrowniach, kamieniołomach, wytwórniach konserw rybnych, przy budowach linii kolejowych, lotnisk, ale też osiedli mieszkalnych, rurociągów, wielkich zakładów przemysłowych, robotach ziemno-budowlanych.

Ich niewolnicza praca była wykorzystywana na terenie całego ZSRS, także na tak zwanych wielkich budowach komunizmu, jak choćby przy najważniejszym propagandowo w tym czasie Kanale Białomorskim czy Transpolarnej Magistrali Kolejowej, które miały znaczenie nie tyle gospodarcze, co polityczne.

To więźniowie wybudowali od podstaw trzy, dziś duże, miasta: Workutę, Norylsk i Magadan. Istniały też obozy, w których więźniowie wykonywali specjalistyczne prace, jak budowa i obsługa siłowni jądrowych w środkowej Rosji czy projektowanie nowych typów samolotów.

Praca miała zróżnicowany charakter w zależności od rodzaju obozu, jednak była to w większości praca fizyczna, wykonywana prymitywnymi narzędziami: łopatami, kilofami, piłami ręcznymi i siekierami. Różniła się też w zależności od wielkości kary, jaką otrzymał więzień. Skazani na kary poniżej 3 lat byli umieszczani w koloniach pracy poprawczej o lżejszym reżimie, w których zajmowano się jednym, konkretnym rodzajem produkcji. Pracowali również jako kierowcy, w łagrowych kuchniach, szpitalach, przedszkolach czy żłobkach, przy zbiorze warzyw i owoców.

Skazani na dłuższe wyroki byli kierowani do ciężkich prac fizycznych, tak zwanych ogólnych, niewymagających kwalifikacji. Z tych więźniów formowano brygady, liczące nawet do 400 osób, a każdą z nich kierował brygadzista – zaufany więzień z wysoką pozycją w obozowej hierarchii. Brygadzista decydował o warunkach, w jakich więzień pracował, żył, a wręcz o tym – czy miał szanse przeżyć. Aleksiej Priadiłow, który jako szesnastolatek trafił do łagru, zapisał: „Życie więźnia w znacznej mierze zależy od jego brygady i brygadzisty, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że spędza noc i dzień w ich towarzystwie. W pracy, w jadalni, na pryczach – zawsze te same twarze. Członkowie brygady mogą pracować razem, w grupach lub każdy na własną rękę. Mogą pomóc ci przetrwać, ale równie dobrze mogą cię zniszczyć – albo sympatia i pomoc, albo wrogość i obojętność. Nie mniej ważną rolę odgrywa brygadzista. Wiele zależy od tego, kim jest i jak podchodzi do swoich zadań i obowiązków – czy stara się twoim kosztem, a dla własnej korzyści, przypochlebić naczalstwu, traktuje swoich robotników jak podludzi, lokajów i służących, czy jest twoim towarzyszem w niedoli i robi wszystko, co może, by ulżyć członkom brygady”.

Władzom Gułagu zależało przede wszystkim na wykonaniu planu produkcji i wydajności więźniów, od której też zależały racje żywnościowe. Normy pracy ustalane były z wielką szczegółowością i określały praktycznie każdy rodzaj czynności – od wielkości dziennego urobku węgla do ilości odgarniętego śniegu: świeżo spadłego, puszystego, lekko ubitego, ubitego, mocno ubitego, zmarzniętego...

Szczególnie trudne warunki pracy panowały w obozach położonych za kołem podbiegunowym, na przykład w rejonie Workuty i Norylska, czy na Kołymie. Zimą szalone mrozy dziesiątkowały więźniów, którzy nie mieli nawet odpowiedniej odzieży. Irena Krajewska, skazana w 1946 roku na 10 lat łagru za członkostwo w Armii Krajowej, trafiła na Kołymę, gdzie między innymi pracowała przy wyrębie lasów:

„W zimie mróz dochodził do 60 stopni Celsjusza. Ja osobiście przeżyłam 63 stopnie. Na szczęście wtedy nie wiał wiatr. Jeżeli było 52 stopnie mrozu, to już nie wypuszczali na odkryte roboty – o ile dyżurny na wachcie znał się na termometrze. Jeżeli nie, to się wychodziło na robotę, ale pracy i tak nie było, bo siekiera przez rękawice dosłownie kłuła w ręce, a ogień, który się rozpalało – zupełnie nie grzał.

Śnieg na Kołymie nie padał płatkami – przeważnie była zamieć i miotło piaskiem śniegowym. Jak tylko zawiało kolejkę, która dowoziła rudę z kopalni Budowiczag, pędzili nas nocami do odśnieżania. Wiatr dosłownie wyrywał łopatę z ręki i zasypywał ślad. Wówczas najłatwiej można było się odmrozić. Chociaż mróz był mały, jednak pył ze śniegu zamarzał na twarzy. Odmrażało się nogi, dlatego że walonki były dziurawe, łatane, nieraz przywożone z frontu. Myśmy w ogóle przy tych mrozach nie miały jednej wełnianej nitki na sobie – tylko bawełna i płótno”.

Latem natomiast więźniom dokuczał upał powyżej 30 stopni, powodujący topnienie grzęzawisk i chmary gryzących owadów. Jak wspominała jedna z więźniarek:

„Komary właziły do rękawów i nogawek spodni. Twarz puchła od ich ukąszeń. Obiad dowożono nam na miejsce pracy i bywało, że zanim zdążyłeś zjeść zupę, tyle ich wpadło do miski, że bałanda [zupa] wyglądała jak gęsta kasza. Właziły pod powieki, wpychały się do nosa i gardła – smakowały słodkawo, jak krew. Im bardziej się od nich odpędzałeś, z tym większą furią rzucały się na ciebie”.

Normy pracy nieustannie wzrastały, osiągając wielkości przekraczające możliwości wycieńczonych, głodnych więźniów, którzy pracowali ponad 10 godzin na dobę.

Nie przestrzegano regulaminu, który nakazywał przerwanie pracy w zbyt niskich temperaturach (powyżej 50 stopni mrozu). Więźniowie mieli zbyt krótkie przerwy na odpoczynek, panował bałagan organizacyjny, brakowało odpowiednich narzędzi i maszyn do pracy. Wszystko to powodowało skrajne przemęczenie, a co za tym idzie – liczne wypadki, kończące się ciężkimi obrażeniami ciała, kalectwem, a często śmiercią. Irenie Krajewskiej udało się przeżyć:

„Gdy byłam na lesopowale [wyrębie] i piłowałyśmy drzewo, nagle ono padając zmieniło kierunek i zwaliło się o pół metra przede mną, ledwo zdążyłam odskoczyć. Wtedy pomyślałam, że i nade mną ktoś czuwa.

Raz w kamieniołomie w czasie przerwy siedziałyśmy pod skalną ścianą i jadłyśmy chleb. W pewnym momencie podeszła do mnie jedna z więźniarek i powiedziała:

– Chodź tam, gdzie jest słońce. Poszłyśmy, a za chwilę ta ściana runęła.

Potem w cegielni, gdzie wagonikami podawano glinę do formowania cegieł, a następnie puste wagoniki spuszczano w dół po linie, czyściłam kiedyś tor ze śniegu. Raptem zobaczyłam, że leci na mnie wykolejona wagonetka. Za sobą miałam kupę kamieni i płot. Wskoczyłam na te kamienie, a pędząca wagonetka tylko mnie uderzyła rykoszetem w nogę, miałam siniaki, ale nic poza tym się nie stało. Wszystkie pracujące podbiegły, myśląc, że placek ze mnie! Czułam wtedy, że opieka Boska czuwa nade mną.

To przeświadczenie nigdy mnie nie opuszczało. Nie miałam żadnego załamania w mojej wierze – codziennie modliłam się szczerze i żarliwie”.

Wiele „racjonalizatorskich” metod na pracę w Gułagu wprowadzono dzięki pomysłowości Naftalego Frenkla – więźnia, który później zrobił błyskotliwą karierę łagrową. Aresztowany w 1923 roku za przemyt, trafił do obozu na Wyspach Sołowieckich, gdzie szył buty i wyrabiał drewniane szachownice. Nadzorcom zgłaszał pomysły na reorganizację niewolniczej pracy, aby była bardziej wydajna. W efekcie w 1927 roku został zwolniony z obozu, ale pozostał na Sołowkach – już jako nadzorca, a dwa lata później został szefem sektora ekonomicznego całego Gułagu. To Naftali Frenkel był autorem maksymy: „Z więźnia należy wycisnąć, ile się da, w ciągu trzech pierwszych miesięcy pobytu. Potem już się do niczego nie nadaje”. On też wymyślił system „kotłów”. Więźniowie, po skończonej pracy, ustawiali się w kolejkach do różnych kotłów – ci, którzy wyrobili większą niż wyznaczona normę, dostawali najwięcej, trzymający się normy dostawali porcje „normalne”, ci poniżej normy dostawali tak niewielki „kocioł”, że po paru tygodniach umierali z wycieńczenia. Frenkel został również kierownikiem budowy sztandarowej inwestycji okresu stalinizmu – Kanału Białomorsko-Bałtyckiego, gdzie w praktyce stosował wymyślone przez siebie metody, z powodu których podczas robót zmarło lub zginęło w wypadkach kilkadziesiąt tysięcy budowniczych kanału.

Normy wyżywienia dla pracujących w takich warunkach ludzi były różne w różnych okresach funkcjonowania Gułagu.

W 1935 roku okólnik Gułagu przewidywał dziennie – dla tych, którzy wykonali 100 procent normy – co najmniej 400 gramów chleba (mogli dokupić dodatkowo 600 gramów), 15 gramów mąki, 60–80 gramów kaszy, 500 gramów warzyw, 22 razy w miesiącu 160–180 gramów ryb, 8 razy w miesiącu 70 gramów mięsa, ponadto miesięcznie 350–400 gramów cukru. Rzeczywistość rozmijała się z założeniami znacząco. Więźniowie otrzymywali o wiele mniejsze racje, żywność była bardzo złej jakości, rozpowszechnione były kradzieże jedzenia. Kierownictwo Gułagu miało tego świadomość. Prokurator ZSRS Andriej Wyszynski w 1936 roku raportował do władz: „W praktyce – normy GUŁagu NKWD prowadzą do skrajnego wyniszczenia więźniów i do takich zjawisk, jak to ma miejsce na przykład w Swirłagu, gdzie znajduje się do 5000 słabowitych więźniów, niezdolnych do ciężkiej pracy z powodu stanu fizycznego i gdzie więźniowie, skłonieni do tego głodem, podbierają odpadki z dołów na pomyje”.

Poza tym wypracowanie wyśrubowanych ponad ludzkie możliwości norm było praktycznie niemożliwe i większość więźniów otrzymywała dodatkowo zmniejszone racje.

To prowadziło do powstania błędnego koła – mniej jedzenia powodowało osłabienie więźnia, a zatem wyrabianie mniejszej normy, co skutkowało kolejnym zmniejszeniem racji... Aż do zupełnego wycieńczenia człowieka.

Te same niedostatki dotyczyły zaopatrzenia więźniów w środki czystości, bieliznę, ubrania, buty, pościel. Kobietom (w 1939 roku) przysługiwały – raz w roku – chustka, bluzka letnia, sukienka barchanowa, buty skórzane, 2 ręczniki, średnio 2,5 koszuli bieliźnianej, 2,5 pary majtek, 3 pary pończoch, 1 para onuc barchanowych, 1 półpalto, 2 pary rękawic wełnianych i 2 pary kombinowanych.

Raz na dwa lata: czapka, fufajka i walonki. W tym względzie rzeczywistość również odbiegała od przepisów. Więźniowie wychodzili zatem źle ubrani i obuci, a w skrajnych przypadkach do pracy wyjść nie mieli w czym. Musieli pozostać w brudnych, zapluskwionych i zimnych barakach, a w skrajnych przypadkach w ziemiankach i namiotach z desek pokrytych brezentem.

Po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej w 1941 roku zaostrzono warunki obozowe, wydłużono czas pracy, a żywienie więźniów znacznie się pogorszyło. Podczas wojny zmuszano również ludzi, którzy formalnie nie byli więźniami Gułagu, do pracy w tak zwanych strojbatalionach – batalionach budowlanych. Powoływano do nich przymusowo osoby, które osiągnęły wiek poborowy, ale z powodów politycznych i narodowościowych nie kwalifikowały się do służby wojskowej. „Mobilizacji do pracy” na rzecz gospodarki sowieckiej podlegali obywatele sowieccy tych narodowości, których państwa narodowe prowadziły wojnę z ZSRS, w tym Polacy, a najliczniejszą grupę tych powołanych stanowili Niemcy, byli też Bułgarzy, Grecy, Tatarzy krymscy, Chińczycy, Finowie, Rumuni, Węgrzy, Włosi. W sumie – około 400 tysięcy osób.

Po wojnie Gułag – wskutek przymusowej mobilizacji na front i dużej śmiertelności wśród łagierników w czasie wojny, a także amnestii w 1945 roku – cierpiał na niedostatek siły roboczej. W 1946 roku utworzono więc sieć obozów, mających za zadanie przywracanie zdolności do pracy więźniów „III kategorii pracy fizycznej”. Tak w oficjalnej terminologii określano więźniów zagłodzonych, umierających. W języku łagrowym nazywano ich prościej – dochodiagi, czyli ci, którzy dochodzą kresu. W obozach „zdrowotnych” mieli wracać do świata żywych. Pobyt w takim obozie miał trwać dwa tygodnie, w tym czasie więzień nie pracował, miał przyzwoite warunki bytowe, opiekę medyczną i posiłki według dosyć wysokich norm. Wszystko zorganizowano fachowo i metodycznie: specjalista określał skład i nadzorował przygotowanie pokarmu, rezultaty notowano w tabelce „dynamika przyrostu wagi”, wykresy mówiły o poprawie wskaźników przydatności do pracy. Skuteczność owych obozów była jednak ograniczona lub trafiali tam więźniowie tak wycieńczeni, że aż jedna czwarta z „pensjonariuszy” nie odzyskiwała zdolności do pracy.

W kolejnych latach zaczęto się bardziej przyglądać wydajności pracy łagierników w stosunku do kosztów utrzymania ich i całej struktury obozowej. Władze Gułagu musiały przyznać, że system pracy przymusowej był ekonomicznie nieopłacalny. Stwierdzono, że środkiem do podniesienia wydajności więźniów będzie wprowadzenie płacy za ich pracę, co zaczęto wprowadzać w życie od 1950 roku (nie dotyczyło to jedynie więźniów obozów specjalnych – „reżimowych”). Podstawą do liczenia wynagrodzeń były stawki dla pracowników wolnonajemnych, część potrącano na wyżywienie, odzież i obuwie. Jednak gdyby te naliczenia przekroczyły wysokość wynagrodzenia, to więzień musiał otrzymać minimum 10 procent wyznaczonej płacy. Proces ten został rozciągnięty w czasie i nie udało się go zakończyć do 1953 roku. Trudno też rozstrzygnąć, czy przyniósł oczekiwane efekty.

Warto wspomnieć, że w łagrowym systemie pracy funkcjonowały specyficzne biura konstrukcyjne, w żargonie łagrowym zwane szaraszkami, w których prowadzono badania naukowe i opracowywano nowe rozwiązania techniczne. Pierwsze szaraszki zaczęły powstawać już w 1928 roku, a przetrzymywani w nich naukowcy prowadzili anonimowo badania nad nowymi technologiami.

W szaraszkach panowały lepsze warunki bytowe, a prace prowadzono często w warunkach tajności, bowiem dotyczyły też badań, na przykład nad bronią chemiczną, atomową czy bakteriologiczną, których ze względów etycznych i prawnych nie można było wykonywać oficjalnie. Jedną z takich szaraszek było Centralne Biuro Konstrukcyjne 29 podlegające NKWD, zwane też tupolewską szaragą, z siedzibą w Moskwie, które działało od wiosny 1939 do czerwca 1941 roku. Pracowali w nim jako więźniowie między innymi „ojciec” sowieckiej kosmonautyki, konstruktor pocisków balistycznych, rakiet i statków kosmicznych Siergiej Korolow czy Andriej Tupolew – generał, inżynier, konstruktor samolotów bombowych i pasażerskich. W szaraszce pracował również najsłynniejszy więzień Gułagu – Aleksander Sołżenicyn.

 

ŁAGROWY ŚWIAT

Poza specyficznymi warunkami pracy życie łagrowe było również osobnym światem, tonącym w przemocy. Stosował ją wobec więźniów personel obozowy, ale też sami więźniowie wobec swoich współwięźniów. Na każdym kroku zdarzały się pobicia, gwałty, zabójstwa. Kryminaliści, zwani worami lub urkami, z reguły nękali więźniów politycznych przy każdej nadarzającej się okazji. Organizowali się w gangi, okradali innych więźniów z resztek prywatnych rzeczy czy żywności. Często skazani na wieloletnie wyroki, spędzali prawie całe życie za drutami i nie liczyli się też z życiem innych. Swoistą przeciwwagę dla urków stanowili pridurki (lub suki), czyli ci, którzy poszli na kolaborację z administracją obozową. Obie grupy zajadle się zwalczały.

W sowieckich łagrach na wyjątkowe upokorzenia i znęcanie narażone były kobiety. Traktowane były jak istoty niższego rzędu, władzę nad nimi mieli więźniowie funkcyjni, strażnicy, brygadziści, urkowie, naczelnicy. Były bez litości wykorzystywane seksualnie i gwałcone. Aleksander Sołżenicyn w Archipelagu GUŁag pisał, że prawie każda kobieta, szczególnie jeśli była młoda i ładna, otrzymywała propozycję od potencjalnych „protektorów”. Dlatego, by przechytrzyć śmierć, niektóre sięgały po różne strategie przetrwania.

 „Łagier był dla człowieka wielką próbą sił charakteru, zwykłej ludzkiej moralności i dziewięćdziesiąt dziewięć procent ludzi nie wytrzymywało tej próby” – napisał w Opowiadaniach kołymskich Warłam Szałamow.