wersja kontrastowa


5. Kołyma (Siewwostłag) 1932–1953

 

5.

KOŁYMA (SIEWWOSTŁAG) 1932–1953

 (MAPA 5.)

 

„Kołyma – nieformalne określenie największej grupy obozów pracy przymusowej na północnym wschodzie ZSRS (Jakucka ASRS, obwód magadański). Nazwa pochodzi od położenia w dorzeczu Kołymy. Przez więźniów obszar ten był nazywany

Przeklętą Wyspą. Teren podległy Gułagom miał powierzchnię 2,6 miliona kilometrów kwadratowych” – tyle mówi o Kołymie Wikipedia. Co tak naprawdę kryje się za tą nazwą?

Surowy klimat, w którym zimą temperatury spadają poniżej 50 stopni Celsjusza. Ogromny teren wiecznej zmarzliny, pokryty rozległymi pasmami skalistych gór i pustkowiami, oddalony od terenów zamieszkanych przez ludzi o tysiące kilometrów. W 1891 roku jako pierwszy badacz dotarł tu Polak – geolog Jan Czerski, który trafił na zesłanie za udział w powstaniu styczniowym (1863). Jego nazwiskiem nazwano pasmo górskie, gdzie w latach 20. XX wieku odkryto ogromne złoża złota.

To właśnie odkrycie stało się największym przekleństwem dla kilkuset tysięcy ludzi, skazanych na katorżniczą pracę na „planecie Kołyma” – było to najgorsze miejsce w sowieckim Gułagu. Pisarz i więzień Kargopolłagu (koło Archangielska) Gustaw Herling-Grudziński w swojej książce Inny świat. Zapiski sowieckie tak to podsumował: „W pierwszych dniach kwietnia gruchnęła w obozie wiadomość, że przygotowuje się etap na Kołymę. Dopiero dzisiaj, kiedy przeczytałem już wiele książek o niemieckich obozach koncentracyjnych, wiem, że etap na Kołymę był w sowieckich obozach pracy czymś w rodzaju odpowiednika niemieckiej selekcji do gazu.

 [...] Nasz obóz zastygł z przerażenia. W barakach ucichły rozmowy, przy pracy narzekania, ambulatorium opustoszało. Zbliżał się dzień Sądu Ostatecznego i stawaliśmy przed obliczem naszego Pana z pokornymi twarzami, śledząc błagalnym wzrokiem błyskawiczne poruszenia jego miecza”.

W Górach Czerskiego ma swoje źródło rzeka Kołyma, wzdłuż której znajdowała się większość obozów, a w szczególności w obrębie jej zakola w górnym biegu. Stąd potoczna nazwa „Kołyma” przyjęła się dla całego terytorium gigantycznego kompleksu łagrowego. Zorganizował go, na polecenie Biura Politycznego, Łotysz Eduard Bierzin, niedoszły artysta malarz. Został naczelnikiem miejscowej administracji, pełnomocnikiem policji politycznej, sekretarzem partii WKP(b) i zwierzchnikiem dowódcy garnizonu wojskowego w Magadanie, ale przede wszystkim dyrektorem Dalstroju – przedsiębiorstwa państwowego, które zostało powołane do zagospodarowania terenów w górnym biegu rzeki Kołymy, podlegały mu również obozy kołymskie. Słowem – Bierzin rządził Kołymą niepodzielnie.

 

DALSTROJ

Dalstroj – Państwowe Zjednoczenie Budownictwa Drogowego i Przemysłowego w Rejonie Górnej Kołymy, bo tak brzmiała jego pełna nazwa – został powołany do życia w listopadzie 1931 roku. W jego głównych zadaniach znalazły się: poszukiwanie, rozpoznanie i eksploatacja złóż rudy złota w Kraju Dalekowschodnim oraz budowa drogi od Zatoki Nagajewa do terenów wydobycia złota. Siedzibą zarządu Dalstroju został Magadan, a teren jego działalności został wydzielony z Kraju Dalekowschodniego jako samodzielne terytorium – niczym „państwo w państwie”. Terytorium to systematycznie powiększano aż do 1951 roku, kiedy osiągnęło powierzchnię 3 milionów (!) kilometrów kwadratowych (dla porównania: powierzchnia całej Europy to około 10,5 miliona kilometrów kwadratowych). Obejmowało ono dzisiejszy obwód magadański, Kraj Chabarowski i obwód kamczacki.

Dalstroj miał skomplikowaną strukturę i wiele zarządów w różnych okresach funkcjonowania. Na początek utworzono Zarząd do spraw Wydobycia Surowców Mineralnych i Zarząd Budowy Dróg, potem doszły kolejne zarządy: Górniczo-Przemysłowe (Północny, Południowy, Zachodni, Tieńkiński, Czaj-Uryński, Jański, Czauńsko-Czukocki, Indygirski, Omsukczański, Czauński), Poszukiwań Geologicznych, Transportu Samochodowego, Gospodarstw Pomocniczych, Dróg Bitych, Kołymsko-Indygirskiej Żeglugi Rzecznej. Wszystkie obsługiwali więźniowie Północno-Wschodnich ITŁ (Poprawczych Obozów Pracy) – Siewwostłagu, a od 1948 roku również Bierłagu – obozu specjalnego numer 5.

Oprócz złota na Kołymie odkryto złoża węgla, ropy naftowej, rudy platyny, wolframu, kobaltu, uranu, cyny i ołowiu, molibdenu. Główną specjalnością produkcyjną Dalstroju było zatem wydobycie bogactw naturalnych, ale też budownictwo drogowe, przemysłowe, obsługa i naprawa dróg, wyrąb lasów, transport towarów, posiadał własne zakłady przemysłowe, statki parowe, gospodarstwo rolne.

Pierwsi więźniowie – „szczególnie niebezpieczni” dla władzy sowieckiej – przybyli do obozów Siewwostłagu w lutym 1932 roku, zatrudniano ich głównie w górnictwie, przy eksploatacji lasów i budowie infrastruktury. Znaczącą rolę w tworzeniu zagłębia kołymskiego odegrali więźniowie specjaliści, kierowani tam już w pierwszych transportach. Można się spotkać nawet z twierdzeniem, że wielka kampania w latach 30. przeciwko „szkodnikom” wśród kadr inżynieryjno-technicznych, ekonomicznych i naukowych w ZSRS odpowiadała zapotrzebowaniu na specjalistów różnych dziedzin w systemie pracy przymusowej. Do śmierci Stalina w 1953 roku przez łagry Kołymy, które były uważane za najcięższe obozy w ZSRS, przeszło w sumie ponad 800 tysięcy ludzi, z czego 120 tysięcy zmarło.

Dalstroj szybko uzyskał niespotykane przywileje gospodarcze: został zwolniony z podatków i opłat, kupowane przez niego towary zwolniono z podatku obrotowego, do swojej dyspozycji miał podatki uzyskane ze sprzedaży na jego terenie artykułów tytoniowych, spirytusowych i kosmetyków, w 1932 roku przekazano Dalstrojowi 100 milionów rubli, a resortom odpowiedzialnym za zaopatrzenie nakazano dostarczyć żywność i towary przemysłowe dla 25 tysięcy osób.

Centralnym punktem łagrów kołymskich był Magadan. W mieście znajdował się główny obóz przesyłowy – do portu w Magadanie przypływały statki z transportami więźniów, tu wydawano im obozową odzież, trwały procedury administracyjne oraz kwarantanna. Tu zapadały decyzje o kierunku dalszego etapu poszczególnych partii więźniów.

Drogę do Magadanu w 1946 roku opisała jedna z polskich więźniarek, Irena Krajewska: „Jechałyśmy bydlęcymi, zakratowanymi wagonami przez całą Syberię. Miejscowi ludzie podchodzili do wagonów i żebrali. Przez szpary w wagonie rzucałyśmy karteczki adresowane do naszych bliskich – wszystkie doszły.

W Nachodce, nad Morzem Japońskim, był następny punkt przerzutowy. Po dwóch tygodniach załadowali nas na statek, którym wieziono same kobiety. Pod pokładem leżałyśmy pokotem, jedna przy drugiej, lub siedziałyśmy na swoich węzełkach. Płynęłyśmy w nieznane. Bałyśmy się niewiadomego, ale też było w nas sporo otępienia, rezygnacji. [...] Nazwa Kołyma z niczym mi się wtedy nie kojarzyła. Nie wiedziałam, co to znaczy. [...]

Zeszłyśmy ze statku na ląd w Zatoce Nagajewo, po siedmiu dniach podróży. Ustawiono nas w kolumny i poprowadzono do obozu przejściowego. Szłyśmy przez port i miasto Magadan z drewnianymi domami (jak wszędzie na Syberii). Ludność miejscowa nie reagowała na nasz widok, bo byli to albo pracownicy więziennictwa, albo «wolni» – więźniowie po odbyciu wyroku zmuszeni do pozostania na Kołymie.

Wszędzie wokół widać było druty i strażnicze wieże – miasto obozów”.

Dla niektórych więźniów, w tym wielu Polaków, a zwłaszcza kobiet, łagry w mieście Magadan były docelowe. Więźniarki przebywały w tzw. żenołpie (żeńskim wydzielonym punkcie obozowym), gdzie pracowały przede wszystkim w warsztatach krawieckich, szewskich, cholewkarskich, kuśnierskich. Szyły watowaną odzież, walonki i bieliznę przeznaczoną głównie dla więźniów oraz buty, rękawice, kożuchy, torby i pokrowce na naboje dla funkcjonariuszy magadańskiego NKWD. Sytuację kobiet na Kołymie opisał najtrafniej Aleksander Sołżenicyn: „A kobiety na Kołymie? Przecież tam jest ich wyjątkowo mało. Tam przecież są na wagę złota, tam są dopiero rozrywane. Tam – to już nie daj Boże, żeby kobieta na trasie natknęła się na konwojenta albo na wolnego, albo na zeka. To na Kołymie zrodził się termin tramwaj, oznaczający zbiorowy gwałt”.

Na Kołymie Polacy stanowili najliczniejszą grupę więźniów pochodzących spoza Związku Sowieckiego. Wśród nich znalazł się również ostatni prezydent RP na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski. Po zajęciu Białegostoku w 1939 roku przez Armię Czerwoną Ryszard Kaczorowski tworzył Szare Szeregi, pełnił funkcję komendanta okręgu białostockiego i był łącznikiem między Szarymi Szeregami a Komendantem Związku Walki Zbrojnej. W lipcu 1940 roku został aresztowany przez NKWD i 1 lutego 1941 skazany na karę śmierci. W celi śmierci spędził sto dni, zamieniono mu potem wyrok na 10 lat łagrów – i wysłano na Kołymę. Z obozu wyszedł po podpisaniu układu Sikorski–Majski, w marcu 1942 roku wstąpił do armii Andersa, z którą opuścił ZSRS.

Sam gen. Władysław Anders tak pisał o Kołymie: „Chociaż miliony ludzi wymierały w strasznych warunkach w tzw. obozach pracy, jednak Kołyma była miejscem prawdziwej eksterminacji. Rozmawiałem sam prawie ze wszystkimi przybyłymi i mam 62 relacje pisemne. Ogólne określenie było krótkie: Kołyma to śmierć. Może wytrzymasz rok, najwyżej dwa. Owszem, wytrzymasz więcej, jeżeli dostaniesz pracę w administracji obozu, ale tam dostają pracę prawie wyłącznie kryminaliści. Dla innych – mróz dochodzący do 70°C, szkorbut, przymieranie głodem, bagnet lub kula strażnika”. Dlatego w obozach kołymskich była niezwykle wysoka śmiertelność wśród więźniów, w pierwszych latach funkcjonowania obozów wynosiła nawet do 80 procent.

Na Kołymie pracowano nie tylko w kopalniach, był to również wielki plac budowy. Przy licznych inwestycjach praca odbywała się w stachanowskim tempie, nie przerywano nawet przy bardzo złej pogodzie. Budynki stawiane były niestarannie i w pośpiechu. Brakowało odzieży, zimą więźniowie musieli często pracować gołymi rękoma przy silnym mrozie, zaczynali i kończyli pracę, kiedy było jeszcze ciemno.

W okolicach Magadanu więźniowie pracowali także przy wyrębie lasów, budowie dróg itp. Polacy przebywali również na wybrzeżu Morza Ochockiego na zachód od Magadanu, gdzie obozy miały charakter gospodarstw rolnych.

W sowchozach więźniarki zatrudniano przy uprawie warzyw, głównie ziemniaków, także kapusty i rzepy, przy hodowli trzody chlewnej, bydła, czyszczeniu i soleniu ryb lub w obozowej cegielni.

O wiele cięższe warunki panowały w obozach w głębi lądu. Dzień pracy trwał około 10 godzin, oprócz tego więźniowie musieli dojść do miejsca pracy – do kopalni lub punktu wycinki drzew, czasem godzinę i więcej w jedną stronę.

Po powrocie do łagru byli zmuszani dodatkowo do wykonywania prac gospodarczych na rzecz obozu.

Do 1948 roku większość więźniów politycznych (w tym Polaków) na Kołymie przebywała w tak zwanych obozach poprawczych lub katorżniczych. W 1948 roku Prezydium Rady Najwyższej ZSRS podjęło decyzję o organizacji sieci osobłagów – obozów specjalnych, w tym Bierłagu – na Kołymie. Najdotkliwszą konsekwencją ich utworzenia było przeniesienie Polaków z południa (Magadan i wybrzeże Morza Ochockiego) do łagrów na północy, gdzie musieli wykonywać o wiele cięższe prace, przede wszystkim w kopalniach złota oraz innych surowców.

 

KOPALNIE

Kołymskie kopalnie miały charakter zarówno odkrywkowy, jak i głębinowy. Wokół nich koncentrowano grupy obozów, a także zakłady przetwórstwa wydobytych rud. Warunki pracy były tam niezwykle ciężkie, kopalnie na Kołymie budowano w bardzo prymitywny sposób, co drastycznie obniżało poziom bezpieczeństwa pracy. Do częstych zjawisk należały zawały, więźniowie byli narażeni na zatrucia i eksplozje związane z wydobywaniem się metanu. Często tunele kopalni nie miały żadnych umocnień, ponieważ wyrobiska znajdowały się na poziomie wiecznej zmarzliny, która sama w sobie stanowiła pewne zabezpieczenie, lecz niewystarczające. Więźniowie nie byli wyposażeni w kaski ani inne zabezpieczenia. Niektóre kopalnie były zelektryfikowane, jednak najczęściej jedyne oświetlenie stanowiły lampki karbidowe. Podstawowymi narzędziami pracy były kilofy, łopaty i taczki. Dynamit stosowano, dopiero kiedy natrafiono na żyłę złota.

W jednej z takich kopalń pracował Jacek Łopuszański (lwowiak, uczestnik kampanii wrześniowej, skazany przez NKWD w 1940 roku za działalność „kontrrewolucyjną” na karę śmierci, potem zamienioną na „nieokreślony czas robót” w Dalstroju): „W słabym świetle parafinowej lampki ujrzałem bardzo wąski otwór z boku głównego szybu. Sidorow wręczył mi kilof i kazał zaczynać. Z przerażeniem w sercu spojrzałem na tę ścianę z kamienia i ziemi. W tej części szybu było zaledwie tyle miejsca, aby zamachnąć się kilofem.

Bałem się kopalni. Musiałem sobie radzić z brakiem doświadczenia w takiej pracy, z prymitywnymi narzędziami. Trzonek kilofa pokryty był jeszcze korą, a koło u taczki nie było okrągłe – zamiast obracać się gładko, podskakiwało.

Mój strach sięgał zawsze zenitu pod koniec zmiany, kiedy pracowałem głęboko w małym tunelu bez żadnej drewnianej podpory podtrzymującej strop. Pewnego dnia, kiedy uderzałem kilofem w ścianę, aby napełnić ostatnią taczkę, stało się to, czego najbardziej się obawiałem. Ze stropu zwalił się głaz, który cudem ominął moją głowę, lecz spadł mi na kciuk prawej dłoni, którą trzymałem jeszcze trzonek kilofa. Piasek i mniejsze kamienie przysypały mnie. Leżałem sparaliżowany ze strachu. Nie odczuwałem bólu zranionej dłoni, jedynie otępienie. Wypadek nastąpił podczas mojej siódmej zmiany w kopalni złota.

Miałem wrażenie, że minęły wieki, zanim poczułem czyjeś ręce starające się mnie wyciągnąć. Ból w ręce i pokiereszowanym tułowiu był okropny. Obozowy wracz (niby lekarz, ale tak naprawdę był to pielęgniarz) posmarował mi jodyną zmiażdżony kciuk oraz rany na głowie i plecach. Ciągle jednak prześladowało mnie przerażające wspomnienie walących się na mnie kamieni. Nie mogłem tej nocy spać. Miałem gorączkę, moje ciało drżało. Modliłem się, powtarzając wciąż: «Bądź wola Twoja».

Nie zwolniono mnie z pracy. Rankiem Sidorow zarządził, że nadaję się do «lżejszych prac». Zamiast kilofa dostałem taczkę z przywiązaną liną, którą miałem przerzucić przez ramiona. Pracowałem całą zmianę”.

W kopalniach odkrywkowych stosowano metodę eksplozji. Więźniowie kopali tak zwane szurfy, czyli doły, w których zakładali ładunki wybuchowe, a po detonacji wydobywali pokruszoną skałę na powierzchnię. Przy tego rodzaju pracach zdarzało się bardzo wiele wypadków wskutek wybuchów niewypałów. Urobek z kopalni był wydobywany za pomocą taczek lub wagoników, które więźniowie pchali na powierzchnię.

W warunkach wiecznej zmarzliny, w odkrywkowych kopalniach złota, kolejne fragmenty ziemi musiały być najpierw ogrzane przez ognisko, aby mogły zostać przemyte w celu znalezienia drobin kruszcu. Każdy więzień był wyposażony w drewniane, płaskie naczynie do płukania – łotok, oraz specjalne grabki do wygrzebywania większych samorodków, czyli skrybok. Istniały również prymitywne urządzenia do płukania złota. Jednym z nich była prochodnuszka, nazywana również amerykanką. Było to około trzymetrowe koryto z desek, wyłożone włochatym materiałem i wąskimi patyczkami z drewna, ułożonymi w poprzek koryta. Ustawione ono było pod kątem 40 stopni, a u jego końca stała półbeczka, pod którą palił się nieduży ogień. U góry koryta sypało się grunt i czerpakiem polewało wodą z półbeczki. Złoto, cięższe od kamieni, zatrzymywało się w korycie na włochatym materiale i na patyczkach, a reszta spływała w dół. Wydobyta ruda transportowana była do zakładów przetwórczych, gdzie poddawano ją dalszej obróbce. Dopiero pod koniec lat 40. na Kołymie zaczęły się pojawiać buldożery (sprowadzane z zagranicy, głównie amerykańskie).

W pracy obowiązywały normy, od ich wykonania zależała ilość wydawanego potem wyżywienia dla każdej brygady. Normy wydobycia ustalane były odgórnie i odrębnie dla poszczególnych robót. Trzeba jednak zaznaczyć, że norma wydobycia dotyczyła wszystkich więźniów obozu, także tych, którzy wozili taczkami ziemię lub na przykład pracowali wewnątrz obozu, a zatem nie wydobywali złota. Ich procenty musieli wykonać więźniowie pracujący bezpośrednio przy kopaniu kruszcu, wskutek czego rzeczywista ilość złota wydobytego przez jednego więźnia była o wiele większa, niż wskazywałaby to oficjalnie wyznaczona norma.

Już w 1933 roku z Kołymy do Moskwy wysłano prawie 800 kilogramów złota, a dwa lata później – już ponad 14 ton. W marcu 1935 roku Eduard Bierzin został odznaczony Orderem Lenina za przekraczanie planów. W 1933 roku dzienna norma – na jednego więźnia w czasie jednej zmiany – wydobycia złotonośnego gruntu wynosiła 0,9 metra sześciennego, dwa lata później – 2 metry, od czerwca 1936 roku – 4 metry sześcienne dziennie.

 

„WROGOWIE LUDU”

Żona szefa Dalstroju, Elza Bierzina, pozostawiła wspomnienia, w których opisuje życie w Magadanie. Wynika z nich, że jej mąż był fanatycznie oddany swojej misji.

Rolls-Royce’em przysłanym z Moskwy, ubrany w futrzaną szubę, jeździł po Kołymie, by osobiście kontrolować postępy prac: „Dzieci chciały spędzać z nim więcej czasu, ale widywali się tylko w czasie śniadań i obiadów. Tylko raz pojechał z Pietią na polowanie, upolowali trzy kaczki i dziką gęś – co to była za radość. [...] Uważam, że życie tam było ciekawe, nie nudziliśmy się. Dzieciom było lepiej niż w Moskwie, dużo świeżego powietrza, przestrzeń. W ogóle na Północy można nieźle żyć...”.

Mimo wielkiego oddania i ogromnych sukcesów los Bierzina i jego rodziny okazał się równie tragiczny co los podległych mu więźniów. Okres wielkiej czystki przerwał dobrą passę naczelnika Dalstroju. W 1937 roku Eduard Bierzin został aresztowany, oskarżony o udział w „kontrrewolucyjnej, szpiegowsko-dywersyjnej organizacji trockistowskiej mającej na celu oddanie Japonii bogatych złóż złota na Kołymie”.

W 1938 roku zabito go strzałem w tył głowy i zakopano w zbiorowym grobie na peryferiach Moskwy. Elza jako „żona wroga ludu” spędziła w łagrach 8 lat. Ich syn, Pietia, trafił do domu dziecka, w czasie II wojny zginął na froncie pod Stalingradem.

W centrum Magadanu w 1988 roku postawiono brązowe popiersie Eduarda Bierzina, z okazji 50. rocznicy jego śmierci, a zarazem rocznicy nadania Magadanowi praw miejskich. Jedna z ulic Magadanu również nosi imię Eduarda Bierzina.

Na stoku wzgórza Krutaja, które dobrze widać z tej ulicy, wznosi się Maska Żałobna – pomnik ofiar obozów kołymskich. Natomiast nie ma w Magadanie śladów Warłama Szałamowa (spędził 15 lat w obozach Kołymy), autora Opowiadań kołymskich, które stanowią jedno z najważniejszych literackich świadectw Gułagu: „Dla tych, których spotkała śmierć w kopalnianych przodkach Kołymy – bo niedługo tam pożyli – złote zęby, wyłamane im po śmierci, były jedynym złotem, które dostarczyli państwu przy wydobywaniu złota w kopalniach Kołymy. Wagowo ilość złota w protezach była większa niż to, co oni zdołali tam wykopać, wygrzebać, wyrąbać kilofem w ciągu swojego niedługiego życia”.

Ci, którzy przeżyli, wracali po latach do swoich domów. Ale zdarzali się i tacy, którzy zdecydowali się tu zostać na zawsze. Włodzimierz Christuk jako żołnierz Armii Krajowej został aresztowany przez NKWD w sierpniu 1944 roku pod zarzutem szpiegostwa i dywersji i skazany na 5 lat łagru. Pracował na Kołymie w kopalni złota w łagrze Ust’-Utinaja:

„Nie wierzyłem, że przeżyję. Dziesiątkowały nas głodowe racje żywności, straszne mrozy, choroby i wycieńczenie katorżniczą pracą – wspomina pan Christuk głosem pozbawionym bólu czy nienawiści. – Niekiedy któryś ze zdesperowanych współtowarzyszy w porywie szaleństwa decydował się na ucieczkę. Nie miał jednak żadnych szans na lodowatej pustyni czy pośród letnich bagien. Na odciętym od świata terytorium mógł tylko zamarznąć w głębokim śniegu, zginąć z głodu albo stać się ofiarą wygłodniałych wilków.

Po odbyciu całego wyroku, tak jak wielu zesłańców, osiadłem bez prawa wyjazdu w Jagodnem. W 1954 roku pojawiła się szansa repatriacji do ojczyzny, ale w Polsce nie miałem nikogo, żona w Grodnie ułożyła sobie nowe życie, a teściowa sprzeciwiła się powrotowi wroga narodu. Zostałem więc tu na stałe i aż do emerytury w 1985 roku pracowałem jako cieśla w firmie remontowo-budowlanej. Pięć lat później, jako ofiara politycznych represji, wystąpiłem do prokuratury o rehabilitację. Nie wierzyłem własnym oczom, kiedy otrzymałem dokument zrzucający wiszącą pół wieku nad moją głową klątwę wroga narodu”.