wersja kontrastowa
Strona główna / Atlasy i plany miast / Atlas. GUŁAG – represje ZSRS wobec Polaków i obywateli polskich [2020] – seria TYFLOGRAFIA POLSKA N / 4. Miejsca katorgi 1923–1960 – Wyspy Sołowieckie, Biełomorkanał, Workuta, Martwa Droga


4. Miejsca katorgi 1923–1960 – Wyspy Sołowieckie, Biełomorkanał, Workuta, Martwa Droga

 

4.

MIEJSCA KATORGI 1923–1960

 (MAPA 4.)

 

W Gułagu było kilka szczególnych miejsc. Każde z nich miało swoją specyfikę i zostało powołane do życia w innym celu: represyjnym, propagandowym czy uwiecznienia potęgi władzy sowieckiej.

 

WYSPY SOŁOWIECKIE

Okryte najgorszą sławą Sołowki na Morzu Białym odegrały pionierską rolę we wdrażaniu nowych rozwiązań systemu łagrowego. Jak podkreśla Anne Applebaum w swojej książce Gułag, mimo że w latach 20. XX wieku istniała już rozbudowana sieć obozów i więzień na terenie Związku Sowieckiego, w których przetrzymywano „wrogów ludu”, to Sołowki na zawsze pozostaną „pierwszym obozem Gułagu”: „To właśnie one odegrały niezwykłą rolę, nie tylko w życiu więźniów, lecz również w działalności tajnej policji sowieckiej. [...] Tu właśnie WCzeKa i OGPU uczyły się, jak czerpać zyski z pracy niewolniczej”.

Wyspy Sołowieckie już w XVI wieku stały się przystanią dla mnichów prawosławnych, którzy to miejsce wybrali na swoją pustelnię. Sprzyjały temu wyborowi oddalenie od ludzi i piękna przyroda. Z biegiem lat powstał tu zespół klasztorny z pracownią ikon, wielką biblioteką książek i starodruków, klasztorną oranżerią. Mnisi hodowali bydło, uprawiali ziemię, z wody morskiej warzyli sól, łowili ryby, polowali na foki.

Mieli własne młyny, tartak, hutę, kuźnię, cegielnię, garbarnię, garncarnię, suchy dok do remontu statków i wodociąg doprowadzający wodę do klasztoru, elektrownię wodną i radiostację.

W okresie Rosji carskiej Sołowki były także twierdzą obronną i carskim więzieniem, do którego zsyłano innowierców, wolnomyślicieli i innych przeciwników władzy carskiej. Wyspy również bolszewicy uznali za idealne miejsce na obóz pracy.

O utworzeniu Sołowieckiego Obozu Robót Przymusowych Specjalnego Przeznaczenia (Sołowieckij łagier osobogo naznaczenija – SŁON) dla najbardziej niebezpiecznych przestępców politycznych i kryminalnych rząd ZSRS podjął w 1923 roku decyzję z inicjatywy Józefa Unszlichta – polskiego i sowieckiego działacza partyjnego. Jak podawała rządowa gazeta „Izwiestia”: „Surowy klimat, dyscyplina pracy i walka z siłami natury będą wyśmienitą szkołą dla wszystkich elementów przestępczych”.

Sołowki znajdują się w pobliżu koła podbiegunowego, to sześć dużych wysp oraz kilkadziesiąt maleńkich skalnych wysepek. Latem słońce prawie nie zachodzi, zimą dzień trwa niespełna dwie godziny. Temperatura w letnich miesiącach potrafi w słońcu dochodzić do 20 stopni, wieczorami gwałtownie spada. Temperatura wody w Morzu Białym latem nie przekracza kilku stopni, a sezon żeglugowy trwa zaledwie od maja do września. W pozostałych miesiącach morze pozostaje zamarznięte. Niedostępne położenie oraz cechy klimatu sprawiały, że Sołowki stały się doskonałym miejscem odosobnienia.

W 1920 roku na wyspy, gdzie żyło wówczas 400 mnichów i 200 nowicjuszy, zawitali czerwonoarmiści. Rekwirowali zapasy żywności, rabowali kosztowności i naczynia liturgiczne, zrzucili dzwony, ścięli krzyże, a na szczycie dzwonnicy zamocowali czerwoną gwiazdę. W 1922 roku przeprowadzono oficjalną rekwizycję z udziałem przedstawicieli Centralnej Komisji do spraw Rekwizycji Kosztowności Cerkiewnych oraz Głównego Komitetu do spraw Muzeów i Ochrony Zabytków przy Ludowym Komisariacie Oświaty, w wyniku której wywieziono 2,5 tony zabytkowych przedmiotów i kosztowności.

Na Wyspach Sołowieckich utworzono obóz koncentracyjny dla „kontrrewolucjonistów”, głównie żołnierzy i oficerów „białej” armii, oraz sowchoz. Mnisi zostali wypędzeni, część z nich aresztowano. Ikonostasy z dziełami średniowiecznych mistrzów i biblioteka klasztorna uległy dewastacji, a potem całkowitemu zniszczeniu. W ciągu trzech kolejnych lat dorobek klasztoru został zrujnowany, dokonano nadużyć finansowych i by je zatrzeć – w 1923 roku klasztor podpalono. Szczątki założycieli klasztoru, pustelników Sawwacjusza (Sawwatija), Germana i Zozyma (Zosimy), wywieziono w 1925 roku do muzeum ateizmu w Soborze Kazańskim w Leningradzie.

Po utworzeniu SŁON cerkwie, pustelnie i budynki klasztorne zamieniono na pomieszczenia dla więźniów i administracji obozowej. W miejscach zniszczonych ołtarzy ustawiono szalety, cerkiew Wniebowstąpienia zmieniono w karcer. Więźniów przetrzymywano na terenie zabytkowego monastyru, w pobudowanych naprędce barakach, a często i w ziemiankach, w strasznych warunkach. Byli głodni, zawszeni, zmarznięci. W oddalonych od centrum wyspy mnisich pustelniach urządzano karne izolatory – męski na Górze Siekiernej, a dla kobiet na Wyspie Zajackiej (nazwa wyspy pochodzi od jaj, po które mnisi wybierali się na tę zamieszkaną jedynie przez ptactwo wyspę – „za jajcami”).

Na Sołowki – w ramach likwidacji rosyjskiej inteligencji jako „wroga klasowego” – wysyłano filozofów, pisarzy, artystów, naukowców, działaczy politycznych i społecznych, arystokrację, oficerów carskich, przedsiębiorców. Trafiali tam też chłopi, przeciwnicy kolektywizacji, Ukraińcy skazani w czasach „wielkiego głodu” za kanibalizm, rzemieślnicy, robotnicy, a także pospolici przestępcy i prostytutki. Wysyłano tam również w ramach czystek funkcjonariuszy sowieckiego aparatu terroru, w tym oficerów NKWD.

Na Sołowkach znaleźli się również Polacy, głównie osoby, które po I wojnie światowej znalazły się na terytorium ZSRS i zostały obywatelami sowieckimi, ale nie tylko oni.

W 1929 roku wydawana w Warszawie gazeta „Głos Prawdy” opublikowała artykuł Pięć lat na wyspach sołowieckich przebył polski policjant: „Do Polski przybył przed kilku dniami jeden z nielicznych skazańców politycznych, który zdołał wytrzymać pięcioletni pobyt na strasznych Wyspach Sołowieckich. Jest to szeregowiec polskiej policji, Joachim Biłas. Dnia 18 czerwca 1923 r. szeregowiec Biłas, pełniąc służbę na pograniczu nieświeskim, znalazł się w ciemną noc po stronie sowieckiej. Posterunkowy Biłas zbłądził wśród trzęsawisk i nie mogąc znaleźć wyjścia, zaczął wołać o pomoc. Nadbiegli ukryci żołnierze sowieckiej straży granicznej, którzy aresztowali Biłasa. Nie pomogły wyjaśnienia, że Biłas znalazł się na terytorium sowieckim wskutek przypadku; został on oskarżony o nielegalne przekroczenie granicy i skazany przez GPU na okrutną karę zesłania na 5 lat na Wyspy Sołowieckie. Biłas usiłował uciec z tego piekła, ale bezskutecznie. Odsiedział więc karę i wrócił do Polski schorowany i rozbity. Obecnie ofiara GPU przebywa w Nowogródku, gdzie nim zaopiekowali się koledzy posterunkowi”.

W latach 20. obóz sołowiecki oficjalnie realizował ideę „reedukacji przez pracę”, podejmowano tu również takie przedsięwzięcia jak teatr, w którym występowali więźniowie, propagandowe czasopismo „Nowyje Sołowki”, orkiestra dęta. Na polecenie władz Gułagu w 1927 roku zrealizowano propagandowy film Sołówki, który przedstawił obóz jako idylliczne miejsce resocjalizacji przestępców, a w czerwcu 1929 roku Wyspy Sołowieckie odwiedził pisarz Maksym Gorki, który w opublikowanym w dzienniku „Izwiestia” artykule wychwalał „humanitarną politykę edukacji przez pracę”.

Rzeczywistość wyglądała zgoła inaczej. Sołowki stały się poligonem doświadczalnym, testowano na nim wytrzymałość więźniów, a panami życia i śmierci byli obozowi komendanci. Pierwszym naczelnikiem obozów sołowieckich był Fiodor Eichmans, który zasłynął z wymyślania bezsensownych robót dla więźniów: przerzucania kamieni z miejsca na miejsce, liczenia ptactwa czy śpiewania godzinami Międzynarodówki. Po objęciu stanowiska naczelnika przez Naftalego Frenkla (byłego więźnia Sołowek) strażnicy obozowi dostali przyzwolenie na wyjątkowe znęcanie się nad więźniami. Byli oni przywiązywani nago do pni i umierali w wielogodzinnych męczarniach gryzieni przez owady. Zimą polewano nagich ludzi wodą, przywiązanych do drewnianych pali zrzucano ze schodów do jeziora. Godzinami trzymano po szyję w bagnie. Jeden z więźniów wspominał, że „strażnicy zmuszali więźniów do jedzenia odchodów, a tych, którzy wzywali Boga na pomoc, rozebrano do naga i ukrzyżowano”. Inny: „Każdego niemal dnia grupa więźniów z dużymi hakami w dłoniach zbierała z ziemi ciała tych, którzy padli z wycieńczenia lub zostali zabici. Niektórzy z uprzątających starali się choć na chwilę przytulić do leżących ciał, jak do materaców, bo były jeszcze ciepłe”.

Anne Applebaum pisze, że pod koniec lat 20. „przerażeni funkcjonariusze” specjalnej komisji badającej warunki panujące w SŁON „odkryli, że nadzorcy obozów sołowieckich zimą często pozostawiali nagich więźniów w starych, pozbawionych ogrzewania dzwonnicach cerkwi, z rękami i nogami związanymi na plecach [...]. [Więźniowie] byli zmuszani do siedzenia na tyczce, nie dotykając stopami ziemi, nawet osiemnaście godzin bez ruchu. Niekiedy do nóg przywiązywano im ciężary. Tego typu pozycja niemal gwarantowała poważne okaleczenia. Czasami wysyłano ich do kąpieli, musieli nago pokonać dystans nawet dwóch kilometrów. Celowo karmiono ich zgniłym mięsem. Odmawiano pomocy medycznej”.

Na Sołowkach wypracowano sposoby na podniesienie wydajności niewolniczej pracy, stosowane potem w Gułagu na masową skalę: obietnice przedterminowego zwolnienia, ograniczanie racji żywnościowych za niewykonanie normy, kary karceru, aż do rozstrzelania – za odmowę pracy. Więźniowie obozów sołowieckich pracowali przy wyrębie lasów i wydobyciu złóż torfu, w cegielni, garncarni, stoczni, zakładach mechanicznych, garbarni, zakładach szewskich, szwalniach, w rolnictwie i przy hodowli zwierząt futerkowych, połowie ryb, ssaków morskich. Prowadzili badania nad adaptacją roślin uprawnych w klimacie Północy i przemysłowym wykorzystaniem wodorostów morskich (tzw. morskiej kapusty, z której między innymi pozyskiwano jod do produkcji środków dezynfekujących). Budowali drogi w Karelii.

W początkowym okresie więźniowie pracowali tylko na wyspach, potem otwierano filie obozu na wybrzeżu Morza Białego, na Półwyspie Kolskim. W 1933 roku, po powstaniu Zarządu Głównego Obozów i dynamicznym rozwoju systemu łagrowego, obozy sołowieckie zostały wchłonięte przez większą strukturę – obóz Białomorsko-Bałtycki, a wielu więźniów skierowano do budowy Kanału Białomorskiego.

Obóz karny SŁON zlikwidowano w 1937 roku. Więźniów przerzucono do innych miejsc, a na wyspach pozostawiono jedynie nowo wybudowane Sołowieckie Więzienie Specjalnego Przeznaczenia (Sołowieckaja tiurma osobogo naznaczenija – w skrócie STON, co po rosyjsku oznacza „jęk”, „wycie”), które funkcjonowało jeszcze dwa lata. W 1939 roku zostało zlikwidowane, a budynki po nim przejęło wojsko, utworzono tam szkołę marynarki wojennej.

Całkowita liczba ofiar Sołowek jest nieznana. Na podstawie dokumentów sowieckich wiadomo, że w grudniu 1923 roku liczba więźniów Sołowek wynosiła około 3 tysięcy osób, a w 1930 roku wzrosła do ponad 53 tysięcy.

W 1967 roku na Sołowkach utworzono filię Archangielskiego Muzeum Krajoznawczego, a w 1974 roku rozpoczęto konserwację tego, co zostało z kompleksu klasztornego. W 1990 roku, dwa lata po obchodach tysiąclecia chrztu Rusi, Rosyjska Cerkiew Prawosławna odzyskała prawa do klasztoru, a na wyspy powrócili mnisi. Dwa lata później ponownie złożono w kryptach klasztoru szczątki jego założycieli. W tym samym roku sołowiecki zespół klasztorny został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

BIEŁOMORKANAŁ

Biełomorkanał to sztandarowa strojka komunizmu – wielka budowa pierwszej pięciolatki stalinowskiej. Morze Białe połączyło z Bałtykiem 227 kilometrów, które przekopali więźniowie Gułagu.

Kanał Białomorsko-Bałtycki, bo tak brzmiała jego pełna nazwa, był eksperymentem władz: początkowo nieuwzględniony w planie pięcioletnim, został nagle zakwalifikowany jako swierchudarnaja („superszturmowa”, superważna) budowa i miał zostać zrealizowany błyskawicznie. To rekordowe tempo budowy zostało uzyskane dzięki wykorzystaniu niewolniczej pracy więźniów i eksperyment się udał – budowę w niezwykle trudnych warunkach sfinalizowano w rok i dziewięć miesięcy.

Decyzję o budowie kanału podjęto w lutym 1930 roku. Od czerwca do sierpnia 1930 roku prowadzono prace rozpoznawcze i przygotowawcze z udziałem 300 inżynierów, geologów, geodetów oraz 600 więźniów Sołowek.

W Moskwie powołano dla tego celu Specjalne Biuro Konstrukcyjne – jedną z pierwszych szaraszek (obozów pracy dla specjalistów). Do biura ściągnięto z innych łagrów specjalistów, którzy wcześniej wpadli w tryby Gułagu, posądzeni o szkodnictwo, w wyniku czystek bolszewickich. Projekt był gotowy w ciągu roku. Stalin zdecydował wówczas, że Kanał Białomorsko-Bałtycki ma zostać zbudowany „szybko” – w 20 miesięcy (dla porównania – Kanał Panamski o długości 80 kilometrów budowano 28 lat) i „tanio” – przy użyciu darmowej siły roboczej. Budowa kanału obejmowała między innymi: 37 kilometrów sztucznych kanałów, które miały być w większości wykute w skale (pozostałe 190 kilometrów to jeziora i koryta rzek), 49 tam, 19 śluz, 15 zapór wodnych. W sumie – 135 obiektów hydrotechnicznych. By sprostać takiemu wyzwaniu, projektanci musieli zmienić metodę budowy na tak zwaną suchą, w której wszystkie obiekty buduje się jednocześnie i dopiero gotowy kanał napełnia się wodą. Aby obniżyć koszty przedsięwzięcia, zamieniono wszystkie konstrukcje stalowe i żelbetowe na drewniane.

16 listopada 1931 roku powstał Białomorsko-Bałtycki Obóz Pracy Poprawczej (Biełtbałtłag) z siedzibą w Miedwieżjegorsku. Rozpoczęto budowę – prowadzono ją w szaleńczym tempie, bez analiz geologicznych i ekonomicznych. Na plac budowy ściągnięto z więzień i obozów z całego ZSRS więźniów politycznych skazanych za „działalność kontrrewolucyjną” (oficerowie, przedstawiciele arystokracji i inteligencji), „rozkułaczanych” chłopów – ofiary kolektywizacji, a także kryminalistów. Mężczyzn, kobiety i nieletnich. Znalazły się wśród nich znaczące postaci rosyjskiej nauki i kultury, jak historyk literatury i kulturoznawca Dmitrij Lichaczow czy śpiewaczka Lidia Rusłanowa.

Wszystkie prace wykonywano ręcznie, za pomocą prymitywnych narzędzi: kilofów, taczek, pił i oskardów. Więźniowie nie dostali żadnych maszyn ani odpowiedniej odzieży roboczej. Prymitywne drewniane dźwigi czy kafary wykonywali sami łagiernicy na miejscu, w warsztatach Biełomorstroju. W raporcie do Gienricha Jagody, głównego współtwórcy Gułagu i kierownika projektu budowy Biełomorkanału, czytamy: „Odcinek nr 1 – Powieniec, 10 tysięcy ludzi w czterech obozach. Wbijanie pali w grunt oprzyrządowane w następujący sposób. Wykonano duże koła obite deskami, we wnętrzu chodzi czterech ludzi. Kiedy babka [obuch] podnosi się na pożądaną wysokość, piąty człowiek pociąga za linę i babka spada, uderzając w pal. Maksymalna liczba uderzeń na godzinę – 10, przy dziesięciogodzinnym dniu pracy – 100 uderzeń. W ciągu dnia wbijają półtora pala. Trzeba wbić około 5 tysięcy pali”.

Przez cały czas budowy prowadzono dokumentację fotograficzną, wykonano około 8 tysięcy szklanych negatywów (zachowała się tylko część zbioru w postaci odbitek). Fotografowano wszystkie etapy: karczowanie tajgi, budowę poszczególnych obiektów, więźniów przy pracy i wizyty dygnitarzy. Na zdjęciach uwieczniono ludzi odzianych w proste fufajki, z łopatami i prymitywnymi taczkami – aż trudno uwierzyć, że działo się to w XX wieku...

Od końca 1932 roku roboty trwały nieustannie, całą dobę. Wykopano 2,5 miliona metrów sześciennych skalnego gruzu, 21 milionów metrów sześciennych ziemi. Podstawowe prace budowlane zostały ukończone w marcu 1933 roku, kanał napełniono wodą. Oficjalnie budowę zakończono 1 maja i nastąpiło uroczyste otwarcie Biełomorkanału. Sam Józef Stalin, w towarzystwie Siergieja Kirowa i Klimienta Woroszyłowa, 21 lipca przepłynął po kanale na statku „Anochin”, a 2 sierpnia Wiaczesław Mołotow podpisał postanowienie Rady Komisarzy Ludowych ZSRS „O otwarciu Białomorsko-Bałtyckiego Kanału im. Józefa Stalina”. Wódz jednakże był rozczarowany – stwierdził, że kanał jest „płytki i wąski”.

Tego rodzaju przedsięwzięcia przede wszystkim miały być demonstracją sprawności władzy sowieckiej i partyjnej propagandy. Stalin potrzebował więc większego kanału, by mogły się nim przemieszczać okręty wojenne z Bałtyku na Morze Białe. Zalecił budowę Wielkiego Kanału Białomorskiego, który miał biec wzdłuż pierwszego, a jego przedłużeniem miał być drugi ogromny kanał – Kolski, o długości 246 kilometrów, który przeciąłby Półwysep Kolski od Kandałakszy do Murmańska, skracając drogę morską jedynie o 450 kilometrów. Rozpoczęto prace projektowe, ale po dwóch latach je zarzucono jako zbyt drogie inwestycje.

Nie da się dziś oszacować liczby ofiar budowy Biełomorkanału – różni badacze podają wielkości od 50 tysięcy, nawet do 250 tysięcy. Koszmarne warunki bytowe, ciężki klimat, skąpe racje żywnościowe i wysokie normy pracy sprawiały, że śmiertelność wśród budowniczych kanału była duża.

Kanał Białomorsko-Bałtycki był pierwszą wielką budową komunizmu zrealizowaną jedynie rękami więźniów. Podczas jej realizacji ruszyła również nieznana dotąd na taką skalę akcja propagandowa, prowadzona pod hasłem pierekowki, czyli przekuwania przestępców poprzez pracę w nowych ludzi – sowieckich. Zajmował się nią Wydział Kulturalno-Wychowawczy Biełbałtłagu, któremu podlegała gazeta „Pierekowka” rozpowszechniana w obozach Biełbałtłagu, gazetki ścienne w łagrach, pracownia malarzy tworzących propagandowe hasła i portrety, „brygady kulturalne” więźniów jeżdżące po budowach z akademiami propagandowymi, orkiestra dęta. W 1934 roku wydano książkę Biełomorsko-Bałtijskij Kanał im. Stalina, jako wspólne dzieło 36 pisarzy sowieckich (między innymi autorami byli Maksym Gorki, Aleksy Tołstoj, Michaił Zoszczenko i polski poeta, prozaik i dramaturg Bruno Jasieński). Jeden z autorów, wychwalając osiągnięcia budowniczych, obliczył, że ze skał wydobytych podczas budowy Biełomorkanału można by zbudować siedem piramid Cheopsa.

Budowa kanału kosztowała ponad 100 milionów rubli. Nie miała znaczenia dla gospodarki ZSRS w latach 30., odciążała tylko nieznacznie linię kolejową Leningrad – Murmańsk. Strategicznie kanał nie odegrał żadnej roli również podczas II wojny światowej – nie mogły nim pływać okręty wojenne. Skracał dotychczasową drogę z Bałtyku na Morze Białe biegnącą dookoła Półwyspu Skandynawskiego o 4 tysiące kilometrów, jednak na potrzeby żeglugi okazał się bezużyteczny – był zbyt płytki (miał 3,5 metra głębokości) dla statków morskich. Z tego powodu kanał był używany dla celów gospodarczych – w praktyce do spławu drewna. W latach 70. XX wieku został pogłębiony, nawigacja na kanale jest możliwa przez 150–170 dni w roku. Dzięki 19 śluzom kanał pokonuje różnicę wysokości 103 metrów najpierw w górę, a następnie 95 metrów w dół.

Obecnie przepłynięcie Biełomorkanału jachtem zajmuje około trzech dni. Można płynąć również nocą, bowiem wszystkie śluzy są czynne całą dobę. Kanał biegnie środkiem tajgi, wśród niesamowitej dziewiczej przyrody. Na kanale obowiązuje zakaz fotografowania, a na pokład obowiązkowo trzeba zabrać pilota.

 

WORKUTA

Workuta została również zbudowana rękami więźniów.

Jej cel był jednak inny niż Biełomorkanału. Łagry w rejonie Workuty (nazwa pochodzi od miejscowej rzeki) powstały w konsekwencji uchwały Rady Komisarzy Ludowych ZSRS z 1929 roku „O wykorzystaniu pracy więźniów kryminalnych” –  jako darmowej siły roboczej przy wydobyciu surowców naturalnych. Workuta do tych celów nadawała się doskonale, bowiem znajdowały się tu – u podnóża gór Uralu Polarnego – bogate złoża węgla kamiennego.

Workuta leży 160 kilometrów za kołem podbiegunowym, w strefie arktycznej tundry. Zimą pogrążona jest w mroku nocy polarnej, temperatury spadają poniżej czterdziestu stopni Celsjusza, szaleją purgi – gwałtowne zamiecie śnieżne. Latem słońce nie zachodzi za horyzont.

Na początku lipca 1929 roku Ekspedycja Uchtyjska OGPU (Zjednoczonego Państwowego Zarządu Politycznego – poprzednika NKWD) wyruszyła, najpierw parowcem, potem barkami i łodziami, na poszukiwania ropy naftowej i innych surowców naturalnych w rejonie rzek Peczora, Uchta, Iżma i Workuta. W ekspedycji znalazło się kilka osób kierownictwa, ochrona, 139 więźniów, a wśród tych ostatnich – geolodzy i inżynierowie górnictwa. W drugiej połowie sierpnia dotarli do punktu przeznaczenia – osiedla Czibju (dzisiaj miasto Uchta), gdzie założono bazę ekspedycji i rozpoczęto prace geologiczno-poszukiwawcze. Były na tyle owocne (odkryto bogate złoża węgla kamiennego nad rzeką Workutą, tak zwane Zagłębie Peczorskie), że w 1931 roku, na bazie istniejących wcześniej obozów, powołano na tych terenach Uchtpieczłag. Zadaniem tego obozu było między innymi zagospodarowanie złóż przyszłego Workuckiego Zagłębia Węglowego i prowadzenie wszystkich związanych z tym prac pomocniczych: budowa dróg, kolei, osiedli i obozów.

W tym samym roku zaczęto budowę pierwszej prymitywnej sztolni o nazwie Rudnik nr 1 na prawym brzegu rzeki Workuta. Dwa lata później rozpoczęto budowę kolei wąskotorowej o długości 70 kilometrów, łączącej Rudnik nr 1 z bazą przeładunkową Workuta–Wom w ujściu Workuty do Usy, a w 1936 roku – budowę kopalni nr 1 „Kapitalnaja” – głównej kopalni Workuty. Planowano w niej wydobycie 750 tysięcy ton węgla rocznie.

W 1938 roku kierownictwo NKWD postanowiło o specjalizacji produkcyjnej łagrów. W rezultacie tej decyzji wiele dużych obozów podzielono na mniejsze, które otrzymały konkretne zadania. Uchtpieczłag został również podzielony i na jego bazie w rejonie Workuty zaczęły działalność dwa obozy: Siewżełdorłag – położony wzdłuż linii kolejowej, której budową zajmowali się jego więźniowie, oraz Workutłag – jego zadaniem było wydobycie węgla. Rok później powołano wielobranżowe zjednoczenie Workutstroj dla budowy i eksploatacji workuckiego zagłębia węglowego. W latach 1941–1942 wyodrębniono jeszcze Siewpieczłag (budowa kolei) i Intłag (wydobycie węgla).

W 1940 roku zbudowano kolejne kopalnie: nr 2, 3 i 4, by zintensyfikować wydobycie węgla, rozpoczęto również budowę Peczorskiej Magistrali Kolejowej łączącej Workutę z Leningradem i siecią kolejową ZSRS, w związku z zajęciem przez wojska niemieckie Donieckiego Zagłębia Węglowego na Ukrainie.

W 1945 roku nastąpił masowy napływ do obozów workuckich więźniów z krajów zajmowanych przez Armię Czerwoną: Estonii, Litwy, Łotwy, Polski oraz Niemców i Ukraińców.

W tym roku i w latach następnych rozpoczęto wiele inwestycji na terenie Workuty, między innymi budowę kolejnych kopalń (aż do numeru 32), a w 1946 roku otwarto lotnisko pasażerskie w mieście Workuta.

W 1948 roku powołano na terenie Workuty obóz specjalny numer 6 – Rieczłag (Łagier Rzeczny) z najcięższym, katorżniczym reżimem. Wysyłani byli do niego więźniowie polityczni, których wykorzystywano do najcięższych prac.

Po śmierci Józefa Stalina również w obozach workuckich zaczęto zwalniać więźniów, jednak praktycznie amnestia nie objęła więźniów politycznych, których w Workucie było stosunkowo dużo. Pod koniec lipca 1953 roku nastąpił bunt – ponad 15 tysięcy więźniów odmówiło wyjścia do pracy. Strajki krwawo stłumiono, organizatorów i uczestników buntu aresztowano – zostali skazani na dodatkowe wieloletnie wyroki i umieszczeni w wydzielonych obozach.

Zgodnie z tendencjami w całym Gułagu w 1954 roku w Workucie również rozpoczął się proces zamykania obozów. Najpierw nastąpiła likwidacja Rieczłagu, kombinat Workutaugol przestawił się na wolnonajemną siłę roboczą (ten proces zakończono w 1960 roku). Stopniowo przeprowadzano rewizje wyroków i z obozów zaczęto więźniów, w tym Polaków, zwalniać.

Workuta, podobnie jak Kołyma, Norylsk, Karaganda, jest przykładem dużego regionu przemysłowego ZSRS, zbudowanego prawie wyłącznie na niewolniczej pracy więźniów. Workutłag był częścią wielkiego systemu obozowo-przemysłowego w Republice Komi i ważnym segmentem gospodarki ZSRS. Przez 25 lat, do 1956 roku, więźniowie, zesłańcy i ludzie przymusowo osiedleni po odbyciu wyroków w obozie zbudowali od podstaw, na niezamieszkanych terenach, jedno z największych zagłębi węglowych w Związku Sowieckim: 22 kopalnie węgla, infrastrukturę przemysłową, elektrownie, drogi, linie kolejowe, miasto Workuta i aglomerację piętnastu osiedli górniczych w tundrze: Rudnik, Gorniackij, Żeleznodorożnyj, Oktiabrskij, Komsomolskij, Siewiernyj, Chalmer-Ju, Mulda, Zapolarnyj, Promyszlennyj, Cementozawodskij, Worgaszor, Sowieckij, Jur-Szor i Zapadnyj.

Początkowo liczba więźniów w tym obozie była nieduża, ale w 1938 roku wynosiła już prawie 55 tysięcy osób. Obóz prowadził szeroką działalność produkcyjną i gospodarczą, wśród licznych prac znalazły się: budowa i obsługa kombinatu Workutstroj (potem Workutaugol), budowa kopalń i wydobycie węgla kamiennego, budowa osiedli górniczych, lotniska, dwóch elektrowni cieplnych, budowa i utrzymanie linii kolejowej do Workuty i Chalmer-Ju, linii energetycznych, prace w tartaku, cementowni, cegielniach, zakładzie remontowym, obróbki drewna, prace wiertnicze i załadunkowo-rozładunkowe, prace rolnicze w ośmiu sowchozach, budowa barek, poszukiwania geologiczne i prace projektowe w biurach budowlanych.

Największym spośród łagrów workuckich pod względem liczby więźniów (ponad 102 tysiące) był w latach 40. Siewpieczłag, liczebnością ustępował tylko łagrom Kołymy. Tak ogromna masa więźniów wynikała z potrzeby zwiększenia wydobycia węgla kamiennego po tym, jak ZSRS stracił Donbaskie Zagłębie Węglowe w początkowym okresie wojny z Niemcami. Jerzy Stanisław Jurkiewicz, złapany przez Sowietów podczas próby nielegalnego przekroczenia granicy i skazany na 8 lat łagrów, pracował w 1942 roku jako więzień Siewpieczłagu przy załadunku pociągów, jadących z Workuty z węglem:

 „Lokomotywę należało załadować w dziesięć minut, wszyscy byli odpowiedzialni – striełok, maszynista, brygadzista... Striełok krzyczał i bił kolbą, brygadzista krzyczał i młócił pierwszym lepszym polanem, maszynista (wolny) zeskakiwał z lokomotywy i też krzyczał, palacz rzucał wyzwiskami. Byliśmy oślepieni reflektorami, parą, ogłuszeni krzykiem. Metrowe kloce ważyły do 40 kilogramów, my – niewiele więcej. Gładkie, oblodzone ściany lokomotywy wznosiły się nad nami jak wieża. Striełok i brygadzista krzykami i razami zapędzali nas na oślizgłe boki lokomotywy, kilku zaczepiało się tam w różnych dziwnych pozach – mieli odbierać kloce od podających z dołu i wrzucać do tendra. Nie byli oczywiście w stanie wyciągnąć kloca z góry, inni więc, ciągle poganiani przez brygadzistę, striełka i maszynistę, uczepiali się niżej na lokomotywie, wypychali kloce w górę, wsuwając je sobie z rąk do rąk.

Co chwila ktoś tracił równowagę, odpadał od lokomotywy i walił się w dół; nie można było pomyśleć, jak się ustawić, nie można było przylgnąć porządnie do zmarzłego boku lokomotywy – w bezustannym wrzasku wszystkich poganiających się wzajemnie. Ci na dole, oślepieni przez noc i parę, co chwila musieli chwytać za żelazne łomy, odrywać kloce, przykute lodem do sągu, nie trafiali, wyrywali sobie kloce spod nóg, wypuszczali oblodzone drewno, przewracali się w śniegu.

I nagle piekło kończyło się – lokomotywa była załadowana. Maszynista częstował striełka i brygadzistę papierosem, pociąg gwizdał i ruszał, a my zostawaliśmy w ciemności, zlani potem, zmoczeni parą, ze śniegiem w onucach i za kołnierzem. Znowu zbijaliśmy się jak najszczelniej, zaczynaliśmy dygotać i rozpoczynaliśmy oczekiwanie na następny pociąg przez ciągnącą się w nieskończoność noc”.

Polacy do łagrów Workuty trafili w dwóch falach. Pierwsza z nich nastąpiła po zajęciu wschodnich terenów II Rzeczypospolitej we wrześniu 1939 roku, a kolejna – po wkroczeniu Armii Czerwonej na tereny polskie w 1944 roku. Więźniowie z pierwszej fali opuszczali obozy po tzw. amnestii z 12 sierpnia 1941 roku, by dołączyć do Armii Polskiej w ZSRS pod dowództwem gen. Władysława Andersa. Członkowie drugiej – uczestnicy polskiego podziemia zbrojnego aresztowani przez NKWD w końcowej fazie wojny – skazywani byli na wyroki nawet 20 lat i wysyłani do najcięższych obozów Gułagu położonych na dalekiej Północy, w tym Workuty. Rodziny uważały ich za zaginionych – nie miały informacji, dokąd wywieziono ich bliskich, a więźniom odebrano prawo do korespondencji. Wrócili do domów dopiero po ponad 10 latach, kiedy zaczęto wypuszczać łagierników w okresie „odwilży” po śmierci Stalina.

Nie wracali jednak od razu po wyjściu z łagru. Najpierw kierowani byli na przymusowe osiedlenie, za pracę zaczęto im także wypłacać częściowe wynagrodzenie. Mieli prawo swobodnego poruszania się w promieniu kilku kilometrów od miejsca zamieszkania. Spotykali się w czasie wolnym od pracy, wspólnie obchodzili święta, księża potajemnie odprawiali msze święte i udzielali ślubów. „Z dnia na dzień rosły nadzieje, że jednak wrócimy do Polski. To były piękne chwile, wielka radość. Bardzo chcieliśmy normalnie żyć” – wspomina pierwsze tygodnie po uwolnieniu Wanda Cejko-Kiałka, przed aresztowaniem łączniczka i sanitariuszka oddziałów partyzanckich AK na Wileńszczyźnie, skazana przez sowiecki trybunał wojskowy na 20 lat łagrów o katorżniczym reżimie. Pracowała w Workucie w kopalni, kamieniołomach i szwalni. Po zwolnieniu z obozu poznała w Workucie Stanisława Kiałkę, już w Polsce wzięli ślub.

Więźniowie różnych narodowości – Rosjanie, Białorusini, Ukraińcy i inni – w latach 50. po zwolnieniu z łagru często musieli zostać w Workucie na zawsze. Nie mieli do czego wrócić: ich rodziny zginęły podczas wojny bądź padły ofiarą czystek stalinowskich, a domy zajęli nowi lokatorzy. Przez kolejne lata mieszkali w pobliżu tych samych kopalń, gdzie wcześniej odbywali wieloletnie wyroki, i nadal w nich pracowali.

W drugiej połowie lat 50. skończyła się epoka wielkich kompleksów przemysłowo-obozowych w ZSRS. Workutłag przetrwał do 1960 roku, ale w latach 60. i 70. Republika Komi i Workuta nadal były miejscem odbywania wyroków i zsyłki rosyjskich dysydentów.

Po zamknięciu obozów Gułagu władze zachęcały do przyjazdu za krąg polarny wolnych pracowników, nęcąc ich wysokimi zarobkami i przywilejami dla pracowników Północy, między innymi dwumiesięcznym urlopem i wczesną emeryturą. W miejsce obozów przy kopalniach pojawiły się osiedla górnicze, których mieszkańcy chcieli być w Workucie tylko czasowo – żeby się „dorobić” i wrócić w bardziej przyjazne człowiekowi regiony. Do Workuty przylgnęło określenie „gorod wriemienszczikow” – miasto ludzi tymczasowych. Gdy na początku lat 90. w Rosji zaczęto wprowadzać gospodarkę rynkową, oszczędności wriemienszczikow z dnia na dzień straciły na wartości, a wraz z nimi umarła nadzieja na spokojne życie w innym miejscu Rosji. Workuta okazała się pułapką – musieli zostać i dalej pracować za kręgiem polarnym w kopalniach zbudowanych przez więźniów w czasach stalinowskich.

 

MARTWA DROGA

„Kiedy się leci nad Niziną Zachodniosyberyjską w rejonie koła podbiegunowego, na przestrzeni setek kilometrów nie widać najmniejszej osady ludzkiej. Cień śmigłowca przesuwa się po zielonej powierzchni karłowatych lasów, poprzecinanej meandrami licznych strumieni i rzek, po rozległych torfowiskach, które w ostrym lipcowym słońcu tworzą mozaikę brązowych i zielono-żółtych wzorów z ciemnoniebieskimi okami jezior.

W pewnym momencie mapę ukształtowanego przez naturę pejzażu przecina – jak smagnięcie – regularna kreska, ginąca w niebieskawej mgiełce na horyzoncie. Pilot helikoptera, wskazując ręką przed siebie, odwraca głowę i poprzez szum silników krzyczy: «Wot ona – stalinka»” – to fragment relacji fotografa i dziennikarza Tomasza Kiznego, który w latach 90. realizował dokumentalny projekt fotograficzny poświęcony obozom Gułagu.

Stalinka, Transpolarna Magistrala Kolejowa, dziś zwana jest Martwą Drogą. Jej budowę rozpoczęto na osobisty rozkaz Stalina, a zrealizowana miała być – podobnie jak Biełomorkanał – wyłącznie przy wykorzystaniu niewolniczej pracy więźniów. Celowość jednego z najbardziej monstrualnych projektów komunizmu – niedokończonej kolei-widma – do dziś nie jest jasno określona. Uzasadnienie decyzji władz z 1947 roku o jej budowie przez wieczną zmarzlinę, tajgę i rozległe bagna mówiło ogólnikowo:

„Trudno przecenić rolę tej trasy w oswajaniu rozległych obszarów i bogactw naturalnych Północy. Budowa linii Salechard – Igarka spowoduje tak wielkie zmiany w życiu tych regionów, że dzisiaj nie sposób przewidzieć ich rozmiarów ani następstw”. Prawdopodobnie ze względów strategicznych miała ona połączyć istniejącą już linię (również wybudowaną przez więźniów) z Moskwy do Workuty z obszarami syberyjskimi nad wybrzeżem Oceanu Arktycznego. Trasa kolejowa o długości 1400 kilometrów miała przeciąć Nizinę Zachodniosyberyjską na wysokości koła podbiegunowego.

W grudniu 1948 roku oddano do użytku odcinek kolejowy Czum – Łabytnangi o długości 192 kilometrów. W dalszej kolejności miała powstać linia prowadząca na północ, do Przylądka Kamiennego, gdzie planowano budowę portu. Szybko okazało się, że miejsce to zupełnie nie nadaje się na port morski – Zatoka Obska jest tu zbyt płytka, co nie pozwalałoby statkom morskim wystarczająco podpłynąć do brzegu. Konieczne byłoby molo o gigantycznej długości... Władze centralne zrezygnowały z tego przedsięwzięcia, linia kolejowa do osady rybackiej Łabytnangi budowana przez prawie dwa lata okazała się bezużyteczna.

Sam Stalin zdecydował więc, że linia zostanie poprowadzona od Salechardu w kierunku wschodnim – do Igarki, leżącej na prawym brzegu Jeniseju. Budowę, bez żadnych poprzedzających prac badawczych, poprowadzono równocześnie z dwóch kierunków – od Salechardu (Budowa nr 501) i od Igarki (Budowa nr 503), z zamiarem połączenia trasy nad rzeką Pur.

Tysiące więźniów, budowniczych magistrali, zwożono najpierw koleją – około 500 kilometrów z Łabytnangi i Abiezi do Kotłasu, potem koleją transsyberyjską około 3 tysięcy kilometrów do Krasnojarska, a następnie drogą wodną – barkami około 1500 kilometrów w dół Jeniseju do Jermakowa i Igarki. Jan Kriwiel, Polak skazany na 5 lat łagrów, tak opisał pierwsze tygodnie na budowie Martwej Drogi: „Namiot na stu ludzi, nary, prycze i podłoga z żerdzi. Kopaliśmy dołki na słupy do ogrodzenia siebie kolczastym drutem. Zaglądały już chłodne noce. Przybyło więcej ludzi, pracowaliśmy po szesnaście, osiemnaście godzin.

A tymczasem zapasy malały. Było tylko trochę mąki żytniej na bałandę [zupę], suchary dawno się skończyły. Głód zaglądał. Już zaczęła się cynga [szkorbut]. [...] Byliśmy niepodobni do ludzi. Nędza. Ubrania stare, buszłaty. Bielizna czarna, za kołnierzem wszy. [...] Straszne było, że kto oddał ducha, patrzono obojętnie. Byliśmy przodującą jakby siłą na tej ciernistej drodze chłodu, głodu, śmierci – od Jermakowa do Salechardu. Wzdłuż tej trasy, wśród bagien, co siedem kilometrów łagier. Setki tysięcy więźniów”.

Warunki budowy magistrali były niezwykle ciężkie: zimą siarczysty mróz, teren wiecznej zmarzliny, na którym trudno cokolwiek zbudować, latem topniejące masy śniegu zmieniające tereny nizinne w mokradła, które roiły się od gryzących owadów, brak żywności, prymitywne narzędzia... Pracy w takich warunkach nie dało się wytrzymać dłużej niż pół roku, może rok.

Obszar, przez który miała biec magistrala, był opustoszały – oprócz kilku maleńkich skupisk rdzennych mieszkańców nie było w tym miejscu żadnego osadnictwa. Wzdłuż trasy budowano co kilka kilometrów obozy z budynkami mieszkalnymi i gospodarczymi, ale, jak pisał Aleksander Sołżenicyn, zdarzało się też, że ludzie mieszkali „w szałasach utkanych mchem, komary żrą ich żywcem, płynne błoto nigdy nie zasycha na ich ubraniach, tym bardziej obuwie jest zawsze mokre. Trasa ich robót jest wytyczona byle jak i prowadzona na łapu-capu (a tym samym z góry wiadomo, że trzeba ją będzie przerabiać), nie ma w pobliżu odpowiednich drzew na słupy i dlatego posyła się ludzi na dwu-, trzydniowe wyprawy (!) po pnie, które muszą dźwigać sami”. Oddane do użytku odcinki linii kolejowej zimą rozsadzała wieczna zmarzlina, wykrzywiając tory i uszkadzając mosty. Roztopy wiosną zalewały i rozmywały nasypy. Pociągi jeździły z prędkością 20 kilometrów na godzinę.

Kolejność prac wyznaczała najpierw budowę nasypu, potem brygady mieszkające w wagonach i przemieszczające się po kolejnych ukończonych odcinkach układały tory kolejowe. Więźniowie tych brygad byli lepiej karmieni, pracowali w trybie zaliczeń: im więcej normy wypracowali w ciągu dnia, tym więcej darowano im dni wyroku: za 150 procent normy – trzy dni. Na całej trasie budowali także niezbędne jej zaplecze: parowozownie, stacje kolejowe, warsztaty, magazyny. W Salechardzie powstało osiedle budowniczych z zarządem Budowy nr 501 i Obskiego ITŁ, kwatery dla pracowników wolnych: inżynierów, geologów, pilotów, lekarzy. Nad Jenisejem łagiernicy zbudowali Jermakowo z siedzibą zarządu Budowy nr 503 i Jenisejłagu.

W 1950 roku położono już 495 kilometrów torów i zbudowano 620 mostów, zaczęto prace budowlane na prawie 800 kilometrach trasy (na 500 kilometrach na zachodzie i 250 kilometrach na wschodzie). Na pozostałych odcinkach wybudowano tylko nasyp albo budowa nie została rozpoczęta w ogóle. W sumie w czasie budowy Martwej Drogi pracowało ponad 70 tysięcy więźniów (z czego w latach 1947–1953 zmarło około 3 tysięcy) różnych narodowości, w tym Polaków, położono 887 kilometrów torów na głównej trasie i 76 kilometrów bocznic kolejowych. Budowa miała kosztować 6,5 miliarda rubli, do końca 1952 roku wydano na nią 3,7 miliarda. Ponieważ miała ona utajniony charakter, społeczeństwo ZSRS nie miało pojęcia o jej istnieniu. Dzisiaj jest użytkowany tylko odcinek o długości 190 kilometrów od stacji Czum do osiedla Łabytnangi nad Obem (na drugim brzegu rzeki jest położony Salechard, mostu nie ma).

Martwa Droga była jedną z ostatnich stalinowskich wielkich strojek Gułagu i kończyła trwający 20 lat okres funkcjonowania kompleksów obozowo-przemysłowych w Związku Sowieckim. Na początku lat 50. ani jeden z dużych zarządów obozowo-produkcyjnych nie zdołał wykonać planu. Po śmierci Józefa Stalina przerwano budowę dwudziestu dużych obiektów, które „nie odpowiadały pilnym potrzebom gospodarki narodowej”, w tym linii kolejowej Salechard – Igarka.

Miejscowości wybudowane dla potrzeb szlaku kolejowego (na przykład Jermakowo liczące niegdyś 15 tysięcy mieszkańców) całkowicie opustoszały, a obozy pracy wzdłuż tej części szlaku pozostały prawie nietknięte i do dziś stoją w tym miejscu jako symbol terroru Stalina.

Pustą tajgę i tundrę wzdłuż Martwej Drogi zamieszkują w rozsianych osadach rdzenne narody Syberii: Selkupowie, Ketowie, Chantowie, Ewenkowie oraz Nieńcy, którzy do dziś w dużym stopniu praktykują pierwotny szamanizm z bogatym panteonem bóstw. Według Nieńców w ostatniej, siódmej sferze świata podziemnego żyje bóg przedstawiający absolutne zło – Nga. Steruje on duchami, które ludziom przynoszą choroby i nieszczęście; Nieńcy wierzą, że Martwa Droga została wybudowana za przyzwoleniem Nga.

Nie przyniosła bowiem niczego dobrego, jedynie śmierć i cierpienie zarówno więźniów, jak i rdzennych mieszkańców tych terenów.

O krzywdzie miejscowej ludności mówią dokumenty zachowane w moskiewskim Archiwum Państwowym w aktach Budowy nr 501. Na przykład w czerwcu 1948 roku z obozu na pogórzu Uralu Polarnego uciekła czternastoosobowa grupa więźniów kryminalnych. Skatowali siekierami dwóch strażników, zabrali ich strzelby i po trzech dniach dotarli do osady, w której koczowali Nieńcy – 42 osoby – ze stadami reniferów. „Uzbrojona banda wszystkich brutalnie zamordowała. Łącznie zabito 7 mężczyzn, 15 kobiet oraz 20 dzieci w wieku od 5 miesięcy do 13 lat. Do tej zbrodni banda użyła noży, siekier oraz nisko kalibrowanych gwintówek” – czytamy w raporcie dla centrali Gułagu. Uzbrojonych uciekinierów złapano i wszystkich zastrzelono.

W głębi tajgi znajdują się pozostałości około stu obozów obsługujących budowę Martwej Drogi. Do jednego z nich w 2009 roku wybrała się ekspedycja badaczy z Czech:

„Z jednym byłym dozorcą, Aleksandrem Pentuchowem, który służył w łagrach na Martwej Drodze, spotkaliśmy się jeszcze w Krasnojarsku. Gadatliwy starszy pan wcale nie wstydził się swojej pracy: – Przecież ci dozorcy byli takimi samymi biedakami jak więźniowie, ponadto prawie wszyscy więźniowie znaleźli się tam słusznie – mówił z przekonaniem. W ten sposób raczej potwierdził fakt, że rozliczenie się ze stalinowską przeszłością to w dzisiejszej Rosji proces jeszcze bardzo długi i bolesny”.

W jednym z dawnych obozów ekspedycja natrafiła na pozostałości „więzienia w więzieniu”. W byłym obozie karnym baraki miały dodatkowo kraty w oknach i drzwiach (w pozostałych obozach można było swobodnie siębporuszać), a oprócz obligatoryjnej izolatki znajdowało się tambjeszcze jedno dodatkowe więzienie. Izolatka była wspólnym elementem wszystkich łagrów. W większości przypadków mały domek lub niewielka chata znajdowała się w rogu obozu, często oddzielonym płotem z drutu kolczastego. Do izolatki (oficjalnie nazywanej „izolatorem karnym”) więźniowe byli przenoszeni na kilka dni za najmniejsze przewinienia. Dostawali tam minimalną rację żywności i wody. „Zgubiłeś buty albo ktoś ci je ukradł – od razu trafiasz do izolatki”, pisze w swoich wspomnieniach jeden z byłych budowniczych kolei, Wasilij Basowski.

Gigantyczna budowa Stalina stała się niechcianym muzeum Gułagu pod gołym niebem: kilometry powyginanych szyn, lokomotywy rdzewiejące w tajdze, opuszczone obozy otoczone drutem kolczastym. Gdy w lipcu 1990 roku znalazł się tam Tomasz Kizny z wyprawą członków rosyjskiego niezależnego Stowarzyszenia „Memoriał”, w okolicach Igarki ujrzeli niezwykły widok: „Cmentarz, zarośnięty lasem, wydawał się bardzo rozległy. Wśród grobów skrytych w zieleni poszycia płonęło kilka ognisk. W wielu miejscach ludzie, w białych kapeluszach z woalkami na twarzach (moskitiery), stali w głębokich dołach z łopatami w rękach i rozkopywali groby. Przyjechali tutaj z Litwy, aby ekshumować i przewieźć do ojczyzny prochy swoich bliskich, wywiezionych tu ponad czterdzieści lat temu. Na cmentarzu znalazłem dwa polskie groby: Jadwigi Zalewskiej (zmarłej w 1951 roku) i Feliksa Kosińskiego (1950)”.

I dalej, około 200 kilometrów na południowy zachód od Igarki: „Natura jakby chciała zatrzeć ślady ludzkiego szaleństwa. Las pochłania obozy. Brzozy i cedry otoczyły wieżyczki strażników, zasłoniły baraki więźniów. W trawie leżą butwiejące słupy ogrodzeń. Rdzewieje drut kolczasty.

Podkłady kolejowe i zmurszałe drewniane chodniki w łagrach pokrył gęsty kobierzec mchów i porostów o osobliwym, seledynowo-srebrzystym kolorze. Cmentarze więźniów, usytuowane na ogół w pewnej odległości od obozu, są praktycznie nie do odnalezienia wśród gęstej roślinności.

W miejscu pochówku wbijano słupek z drewnianą tabliczką, na której wypisywano numer licznogo dieła [teczki osobowej z dokumentami sprawy] zmarłego. Deszcze i topniejące śniegi zmyły wypisane farbą numery, skazując zmarłych na nieodwracalną bezimienność. [...]

Największe wrażenie pozostawiły jednak wnętrza baraków. Mroczne pomieszczenia rozświetlone smugami ostrego słońca wpadającego przez okna i szczeliny dachu. Cisza, chociaż na zewnątrz słychać intensywny śpiew ptaków. Pod ścianami rzędy drewnianych, dwupiętrowych prycz. Pośrodku piec.

Na podłodze i na pryczach ślady obecności więźniów – porzucone rękawice, filcowe buty walonki, aluminiowe miski, jakaś łyżka, pudełko po zapałkach. [...]

W innym łagrze znaleźliśmy wiszące na ścianach, świetnie zachowane hasła zapewniające, że «Praca w ZSRS jest sprawą honoru i chwały, sprawą ofiarności i bohaterstwa»”.