bedava bahis 50 tl deneme bonusu veren siteler cevrimsiz hosgeldin deneme bonus veren siteler
wersja kontrastowa


1. 1939–1941. POLACY W ZSRS

 

1.

1939–1941. 

POLACY W ZSRS 

(MAPA 1. i MAPA 2.)
 

 

 

KALENDARIUM

 

1939

  • 23 sierpnia
    W Moskwie zostaje podpisany przez ministrów spraw zagranicznych: III Rzeszy Joachima von Ribbentropa i ZSRS Wiaczesława Mołotowa niemiecko-sowiecki układ o nieagresji, zwany paktem Ribbentrop–Mołotow.
  • 1 września
    Po agresji Niemiec na Polskę wybucha II wojna światowa.
  • 17 września
    Wojska sowieckie zajmują wschodnie ziemie II Rzeczypospolitej.

1940–1941

  • Sowieci przeprowadzają przymusowe deportacje polskich obywateli na Wschód. W czterech głównych falach z terenów tak zwanej Białorusi Zachodniej i Ukrainy Zachodniej (dawne tereny II Rzeczypospolitej) wywożą co najmniej 320 tysięcy obywateli polskich.

 1941

  • 22 czerwca
    Wojska niemieckie uderzają na ZSRS, co dla Rosjan jest początkiem tak zwanej wielkiej wojny ojczyźnianej.

 

By zrozumieć, czym była armia Andersa i skąd werbowali się do niej żołnierze, trzeba cofnąć się do początków II wojny światowej. Po agresji Niemiec na Polskę od zachodu 1 września i zajęciu wschodnich ziem II Rzeczypospolitej przez ZSRS 17 września 1939 roku – obaj agresorzy podzielili Polskę między siebie i ogłosili, że przestała istnieć.

Jeszcze w trakcie działań wojennych do niewoli sowieckiej do końca kampanii wrześniowej trafiło około 250 tysięcy żołnierzy Wojska Polskiego. Od szeregowych oddzielono około 22 tysięcy oficerów i wysłano do specjalnych obozów w Rosji (Kozielsk i Ostaszków) i na Ukrainie (Starobielsk). Ostatnie wiadomości od nich pochodzą z wiosny 1940 roku, potem korespondencja się urwała i władze polskie nie miały możliwości dowiedzieć się czegokolwiek o ich losach.

Zajętą we wrześniu przez ZSRS część II Rzeczypospolitej nazwano Białorusią Zachodnią (województwa: wileńskie, nowogródzkie, białostockie, poleskie) i Ukrainą Zachodnią (województwa: wołyńskie, lwowskie, tarnopolskie, stanisławowskie). Zamieszkiwało wówczas te tereny około 15 milionów polskich obywateli: Polaków, ale też Białorusinów, Ukraińców i Żydów. Praktycznie natychmiast zaczęły się wobec nich represje: konfiskowano majątki ziemskie, państwo przejęło kontrolę nad prywatnymi przedsiębiorstwami, zamykano kościoły, wprowadzono język rosyjski jako urzędowy, rozpoczęła się systematyczna sowietyzacja szkół i uczelni, a mieszkańców tych terenów uznano za obywateli sowieckich. Wszystkich, którzy sprzeciwiali się represjom, aresztowano, wysyłano do więzień i obozów. Represjom podlegali nie tylko ci, którzy stawiali opór, ale nawet osoby, które potencjalnie mogły zagrażać Związkowi Sowieckiemu. NKWD – Narodnyj Komissariat Wnutriennich Dieł (Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych), czyli centralny organ władz bezpieczeństwa – zaczął likwidację polskiej administracji, żeby jak najszybciej zastąpić ją władzą sowiecką. Oznaczało to wprost eliminację ludzi, którzy mogli być zagrożeniem dla nowych porządków: działaczy politycznych, samorządowych, sędziów, lokalnych działaczy społecznych, niepodległościowych, oficerów Wojska Polskiego i Policji Państwowej, którzy dotąd nie znaleźli się w niewoli.

Od września 1939 do 22 czerwca 1941 roku aresztowano prawie 150 tysięcy polskich obywateli różnych narodowości. Część z nich (ponad 7300 osób więzionych w obozach w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie) zginęła zamordowana w 1940 roku w ramach zbrodni katyńskiej, a około 40 tysięcy trafiło do łagrów. Większość znalazła się w obozach w republice Komi: Workutłagu, Peczorłagu i Uchtiżemłagu, kilka tysięcy trafiło na Kołymę, resztę rozrzucono po mniejszych punktach łagrowych. Z tej grupy około 7 tysięcy osób w łagrach zmarło.

W okresie największego rozwoju Gułagu miliony ludzi pracowały za darmo na rzecz państwa sowieckiego. Złoto wydobywane przez więźniów Kołymy pozwalało na import zachodnich technologii i maszyn, łagiernicy budowali infrastrukturę (drogi, trasy kolejowe, mieszkania) dla przyszłych centrów przemysłowych w azjatyckiej części ZSRS oraz „wielkie budowy socjalizmu”, prowadzili uprawę ziem w Kazachstanie. Stanowili najtańszą i najłatwiej dostępną siłę roboczą – nie liczono się z ich życiem.

Wycieńczająca praca, urągające warunki życia i głód – skąpe racje żywieniowe wydzielano po wykonaniu określonej normy pracy – były dniem powszednim łagierników. Wśród nich znalazł się również Edward Herzbaum, później żołnierz Armii Andersa, który trafił do łagru w okolicach Rybińska w środkowej Rosji i tam pracował przy wyrębie lasów i spławie drewna: „Robota nie byłaby taka straszna, gdyby nie specyficzne warunki. Ludzie już od dawna przestali być ludźmi, stali się raczej potworami: źli, chciwi i głodni – jak zwierzęta w klatce. [...] Do pracy i współpracy zmusza tylko – głód. Strach, że wieczorem, gdy diesiatnik [brygadzista] obejdzie teren i swoją pałeczką zacznie wymierzać wyrąbaną przestrzeń oraz kubaturę zwalonego drewna, znowu się okaże, że jutro nie starczy nawet na 500 gramów chleba. Brygada wraca wtedy jeszcze bardziej zgnębiona i głodna, bo każdy wie, że i jutro lepiej nie będzie. Gdy ktoś zostawi sobie kęs chleba na obiad, to za każdym kawałeczkiem śledzą nieprzytomne, rozgorączkowane i dzikie spojrzenia stada wygłodzonych wilków.

Kiedyś myślałem, że głód to uczucie, z którym się wraca z dłuższej wycieczki – dopiero teraz wiem, co to jest. Nazbyt dobrze znam to mdłe, wstrętne uczucie w żołądku i tę słabość, która powoduje, że za każdym krokiem pot oblewa całe ciało, i która każe cały dzień myśleć o tym, jak by to było, gdyby się raz jeszcze najeść do syta. Bo choćby nawet ta zupa, którą nam dają, zjeść 2 czy 3 litry – ma się żołądek wzdęty i brzuch pełny, ale uczucie głodu tylko słabnie, i to na krótko, bo po godzinie znowu odczuwa się ten sam głód.

Kiedyś w ciężkich chwilach starałem się zawsze myśleć o czymś przyjemnym – cały tydzień wyobrażać sobie niedzielę czy wakacje. Ale teraz, gdy takie pocieszenie byłoby najbardziej potrzebne, nie ma nawet najmniejszej drobnostki, na którą by się można było cieszyć. Na kolację? Przecież wiem, że po kolacji będę tak samo głodny.

Na odpoczynek i sen? Przecież i tak wiem, że całą noc będę marzł, a mróz nie pozwoli zasnąć. Będę się bał ruszyć z bólu w biodrach, które od leżenia na deskach już mają sine plamy. A może się cieszyć, czekając na niedzielę czy święta?

Nie ma dla nas ani święta, ani odpoczynku – każdy dzień jest jednakowy w swojej beznadziejności. Jesteśmy skazani wciąż na tę samą wegetację i wiemy aż nazbyt dobrze, co nas czeka. Oczywiście każdy broni się, jak może, przed tą myślą. Ciągle kursują plotki o naszym wyjeździe na południe, bo każdy rozumie, że zimy w tym łagrze nie przeżyjemy. I nikt by nie uwierzył w możliwość zwolnienia.

Wiemy już, o co jesteśmy oskarżeni, mianowicie wsadzili nas jako socyalno wriednyj elemient [element szkodliwy społecznie], a to u nich najgorsza zbrodnia. Ze swego punktu widzenia mają niewątpliwie rację, każdy Europejczyk jest dla ustroju potencjalnym niebezpieczeństwem. Grozi nam wobec tego wieloletni wyrok, bo takie dietskije sroki [dziecięce wyroki] jak 1–3 lata dostaje się tylko za dużo mniejsze przewinienia, jak kradzież, chuligaństwo czy przeklinanie na ulicy. [...]

Od świata jesteśmy odcięci zupełnie. Nie ma ani gazet, ani żadnych wiadomości. Tyle co nam rzadko kiedy powie któryś z bojców [strażników], a oni sami niewiele wiedzą. [...] Przypuszczamy, że wojna trwa, ale i tego nie możemy być pewni. Gdy czasem się zastanawiamy nad tym z doktorem Bielskim, zawsze dochodzimy do wniosku, że wcześniej czy później musi nastąpić wojna pomiędzy Rosją a Niemcami – przecież sami widzieliśmy przygotowania. Ale to pewnie dla nas będzie za późno”.

Poza aresztowaniami i wysyłką do łagrów Sowieci na zajętych terenach II Rzeczypospolitej zorganizowali w latach 1940–1941 cztery masowe deportacje obywateli polskich różnych narodowości: Polaków, Białorusinów, Ukraińców, Żydów w głąb ZSRS. Już w grudniu 1939 roku wskazano pierwszą grupę do wywózki: osadników wojskowych i cywilnych oraz leśników. Ich „przewinieniem” było to, że służyli rządowi „burżuazyjnej Polski”, „wykorzystywali pracę najemną”, prowadzili „aktywną walkę z władzą sowiecką w 1920 roku” (podczas wojny polsko-bolszewickiej) i że zostali przygotowani do działań antysowieckich jako „szpiedzy” i „terroryści”. Ta grupa miała zostać rozlokowana w specjalnych osiedlach NKWD (spiecposiołkach), zorganizowanych na terenach wyrębu lasów oraz w przedsiębiorstwach hutnictwa metali kolorowych głęboko na wschodzie.

Akcję rozpoczęto o świcie 10 lutego 1940 roku, panował wówczas siarczysty mróz sięgający 40 stopni. Wyrwanych ze snu ludzi – całe rodziny z maleńkimi dziećmi i staruszkami – zmuszono do natychmiastowego spakowania tylko najpotrzebniejszych rzeczy i przewożono zarekwirowanymi saniami, furmankami lub ciężarówkami do punktów zbiorczych lub bezpośrednio do stacji kolejowych, gdzie czekały pociągi z bydlęcymi wagonami.

Według źródeł NKWD, podczas deportacji w lutym 1940 roku prawie 140 tysięcy polskich obywateli wywieziono w 100 transportach. Rozlokowano ich w 115 spiecposiołkach rozrzuconych w 22 obwodach, krajach (czyli największych jednostkach terytorialno-administracyjnych w ZSRS – przyp. Red.) i republikach autonomicznych – na północy europejskiej części Rosji, na Uralu, Syberii i w Kazachstanie – najwięcej w obwodzie archangielskim (położonym najbardziej na północ spośród wszystkich regionów, w których przebywali deportowani; wyróżniały go surowy klimat i wszechobecna tajga), Kraju Krasnojarskim (jedna z największych terytorialnie jednostek administracyjnych w ZSRS, stanowiła jeden z najdalej wysuniętych na wschód regionów, do którego zostali zesłani polscy obywatele), obwodzie swierdłowskim, Komi ASRS i w obwodzie irkuckim.

Kolejna duża akcja deportacyjna miała miejsce w kwietniu 1940 roku. Wywieziono wówczas ponad 61 tysięcy osób do północnego i wschodniego Kazachstanu, wśród nich były rodziny represjonowanych od 1939 roku (jeńców, więźniów) oraz prostytutki. Wywożono ich etapami: 9 kwietnia zabrano do Kazachstanu i Uzbekistanu prostytutki, a największa akcja rozpoczęła się 13 kwietnia, nad ranem. Była ona podobna w przebiegu do deportacji z lutego 1940 roku, jednak ludzie już wiedzieli, czego się spodziewać, i byli nieco lepiej przygotowani, zgromadzili zapasy żywności, spakowali odzież i sprzęty domowe, niektórzy się ukryli lub uciekli. Tę grupę Sowieci określili jako „wydaleni w trybie administracyjnym” (administratiwno-wysłannyje) bez prawa powrotu.

W ogromnej większości były to kobiety i dzieci oraz starsi ludzie – wykształceni, dość dobrze sytuowani, mieszkańcy miast. Zostali osiedleni w azjatyckich stepach, gdzie panowały prymitywne warunki bytowe i surowy klimat, dodatkowo komplikowały ich sytuację nieznajomość języka, miejscowych zwyczajów, inna religia. Byli też nieprzygotowani do ciężkiego wysiłku fizycznego, a musieli tam podjąć pracę, przeważnie ponad siły, głównie w rolnictwie i w kopalniach.

Kolejna fala deportacji, która miała miejsce w nocy z 28 na 29 czerwca 1940 roku, objęła uchodźców (bieżeńców) z obszarów Rzeczypospolitej, zajętych w 1939 roku przez III Rzeszę, którzy chcieli wrócić na tereny okupacji niemieckiej i nie zostali wpuszczeni przez Niemców, a nie przyjęli paszportów sowieckich. Skupieni w strefie przygranicznej, bez mieszkania i pracy, dla Sowietów stanowili kłopotliwy „element podejrzany politycznie”. Deportacja ta objęła ponad 78 tysięcy ludzi, których rozmieszczono w 14 obwodach, krajach i republikach autonomicznych. Zmuszeni byli pracować tam w przemyśle leśnym, w kopalniach, w budownictwie i transporcie.

W maju – czerwcu 1941 roku miała miejsce ostatnia masowa deportacja obywateli polskich – ssylnoposieleńców (zesłanych na osiedlenie). Chciano w ten sposób „oczyścić” tereny zajęte przez ZSRS w latach 1939–1940 z „obcych społecznie elementów” – członków rodzin „uczestników kontrrewolucyjnych ukraińskich i polskich organizacji nacjonalistycznych”, którzy przeszli do podziemia lub zostali skazani na karę śmierci: funkcjonariuszy służb mundurowych, oficerów, ziemian, kupców, fabrykantów, wysokich urzędników państwowych, uchodźców „z Polski”, którzy nie przyjęli obywatelstwa ZSRS, element kryminalny.

W nocy z 21 na 22 maja wysiedlono z zachodnich obwodów Ukraińskiej SRS ponad 12 tysięcy osób do Rosji (do obwodów archangielskiego, nowosybirskiego, omskiego i do Kraju Krasnojarskiego) oraz do Kazachstanu (do obwodu południowokazachskiego). 14 czerwca przeprowadzono taką samą akcję w Litewskiej SRS, podczas której wśród niemal 13 tysięcy deportowanych znalazło się 3–7 tysięcy obywateli polskich. Skierowano ich głównie do Kraju Ałtajskiego, a wielu mężczyzn aresztowano i wysłano do łagrów. W nocy z 19 na 20 czerwca rozpoczęto wysiedlenie w zachodnich obwodach Białoruskiej SRS, które objęło ponad 22 tysiące osób; aresztowano wówczas ponad 2 tysiące mężczyzn. Wysiedlonych wysłano do Rosji: do obwodów nowosybirskiego i omskiego, do Kraju Ałtajskiego, Kraju Krasnojarskiego i Komi ASRS oraz do obwodu aktiubińskiego w Kazachstanie.

W sumie w latach 1940–1941 deportowano – według dostępnych źródeł NKWD – co najmniej 320 tysięcy obywateli polskich. Zostali oni rozmieszczeni w sumie w 13 obwodach, 2 krajach, 4 republikach autonomicznych Rosyjskiej FSRS oraz w 8 obwodach Kazachskiej SRS.

Na miejscu przeznaczenia trafiali oni w nieludzkie warunki, byli brutalnie traktowani przez miejscowe władze, które nierzadko witały ich słowami: „Tu zdechniecie”. Osiedlano ich w zarobaczonych barakach i ziemiankach, w środku tajgi lub w bezkresnym stepie z dala od innych osad ludzkich. Praca fizyczna ponad siły w lasach, kopalniach czy kołchozach, głodowe zarobki, zbyt skąpe wyżywienie (jedzenie wydzielano zesłańcom w zależności od tego, jaki procent dziennej normy wykonali), brak opieki medycznej, upokorzenia, grubiańskie zachowanie nadzorców – wszystko to powodowało wycieńczenie, choroby i śmierć.

Istnieje bogata literatura źródłowa, dzięki której można prześledzić na jednostkowych przykładach zesłańczy los. Wielu deportowanych zostawiło po sobie również wspomnienia, przechowywane w archiwach. Relację z deportacji złożyła między innymi Anastazja Kumoter – żona posterunkowego Policji Polskiej Stefana Kumotera, który po 17 września 1939 roku trafił do obozu jenieckiego w Ostaszkowie i został zamordowany przez NKWD w Twerze wiosną 1940 roku. Anastazja, jako żona funkcjonariusza państwa polskiego, została przymusowo przesiedlona do Kazachstanu, do kołchozu Woroszyłow w rejonie kemerowskim. Tak wspomina tamten czas:

 „Wreszcie stało się to, o czym wszyscy mówili. Wybuchła wojna. Powiedział mi o niej Stefan po powrocie z nocnego dyżuru 1 września 1939 roku o godzinie ósmej rano. Wysłuchaliśmy jeszcze raz przemówienia Mościckiego do narodu polskiego. Spojrzeliśmy na siebie jak dzieci z pełną trwogą i zaniemówiliśmy. Wtuliłam się w jego ramiona, bo tak czułam się najbezpieczniej.

Razem z wybuchem wojny ogłoszono powszechną mobilizację. Mąż już od tego czasu w ogóle do domu nie wracał. Całe noce i dnie spędzał na posterunku. [...]

Przez wsie i miasteczka przepływały teraz grupy uciekinierów z różnych stron Polski. Nieśli ze sobą małe tobołki. Były też i dzieci. Razem z nimi szło wojsko. Wszyscy kierowali się w kierunku południa. Ludność cywilna była zdezorientowana. [...] Widząc te obrazy, dziękowałam Bogu, że nie mam dzieci, gdyż nie wiadomo było, co nas czeka i jaki obrót przyjmie wojna. Nikt nawet nie przypuszczał, że największe zagrożenie grozi nam od wschodu. [...]

17 września armia sowiecka przekroczyła nasze granice. [...] do miasta ze wszystkich stron wjeżdżały ogromne czołgi sowieckie. Po raz pierwszy zobaczyłam te olbrzymy. Jechali w nich sowieccy żołnierze. Pełni dumy z zajęcia miasta. Pełno wszędzie sowieckiego wojska, nie ma żołnierzy polskich, których tak dużo było tu przed wojną. [...]

Od chwili aresztowania męża żyłam tylko myślą o wiadomościach od niego. [...] Nie wiem dlaczego, ale od chwili jego wywiezienia mój dom był stale napastowany przez NKWD. O każdej porze dnia i nocy były przeprowadzane rewizje. Rzekomo szukano broni, ale przeglądano wszystkie dokumenty, notatki, grzebano w zdjęciach. [...] Wszystko porozrzucane, podeptane, nic nie miało swego miejsca. Początkowo sprzątałam po ich wyjściu, później zaniechałam tych prac, gdyż stale było to samo. [...]

Ostatnią taką rewizję przeprowadzono w moim mieszkaniu, już nie pamiętam którą z kolei, 13 kwietnia 1940 roku. Znów szukano broni, której nigdy tu nie znaleźli. Była to jednak inna rewizja od poprzednich. Przeprowadzało ją kilka osób z NKWD, a w drzwiach i na podwórku stali żołnierze sowieccy z bronią z pogotowiu wymierzoną w kierunku naszych drzwi wejściowych. Na dworze też stała fura zaprzężona w dwa konie, którymi powoził również wojskowy. Byłam zdziwiona taką obstawą mego domu. [...] Po zakończeniu rzekomej rewizji kazano mi się ubrać i szykować do dłuższej drogi. Nawet żartobliwie powiedziano: do męża. Nie wierzyłam tym słowom.

Oznajmiono, bym pakowała swoje rzeczy w ilości dozwolonej do 32 kilogramów. Wszystkie moje ruchy były kontrolowane i pilnowane. Nie wiedziałam, od czego zacząć, co wziąć. Część rzeczy ze względu na bombardowania wywiozłam wcześniej do moich rodziców. Stanęłam bezradnie, płacząc. Eskortujący mnie żołnierz podpowiedział, bym wzięła bieliznę, pościel, ciepłe ubranie i żywność. Ponieważ byłam ponaglana, przystąpiłam do pakowania najniezbędniejszych rzeczy. Robiłam to wszystko jak automat. W rezultacie wzięłam ze sobą pościel, dwie poduszki i ciepłą kołdrę, koc, ciepłe ubrania, jak mi doradził ten żołnierz, i żywność. Zabrałam 20 kilogramów pszennej mąki, litr miodu, jeden chleb, trochę herbaty, cukru, prymus i litr nafty. Przy wyjściu wzięłam też filcowe buty męża, które używał na polowaniu. Wzięłam je jedynie dlatego, że kazał mi je wziąć ten sam żołnierz, który mi doradzał wcześniej.

Kiedy skończyłam pakowanie, sprawdzono ciężar bagaży i pod eskortą kazano mi wyjść na podwórko. Przez cały czas byłam pilnowana jak więzień. Nigdzie nie mogłam samorzutnie odejść, z nikim porozmawiać. Rzeczy moje załadowano na furę, a w domu robiono protokół rzekomo pozostawionych przedmiotów. Protokołu tego nigdy nie widziałam i nie podpisywałam. [...] Stałam jeszcze chwilę na dworze. Żegnali mnie z płaczem sąsiedzi i podali bochenek chleba. Prosiłam, żeby zawiadomili moich rodziców o zabraniu mnie przez NKWD.

Kiedy podjechałam pod rampę kolejową, zobaczyłam pełno furmanek wyładowanych moimi znajomymi rodzinami policyjnymi i wojskowych z Dubna. [...] Byliśmy obstawieni wojskiem i NKWD. Wagony na nas czekały.

Wieczorem załadowano nas do wagonów towarowych. Rzeczy pomagali wnosić wojskowi sowieccy. Moje rzeczy ustawiono w pobliżu okna. Jeszcze raz ten sam wojskowy, który zabierał mnie z domu, doradził, bym nie lokowała się koło okna, gdyż podróż będzie długa i na pewno zmarznę. [...]

Na rampie w Dubnie staliśmy w wagonach dwa dni. Dzieci już płakały, upominały się o coś ciepłego. Przydał się teraz mój prymus, na którym gotowaliśmy herbatę. Przez całe te dwa dni przez okienko widzieliśmy tłumy mieszkańców naszego miasta. Próbowali nawet coś nam podać, ale nie byli dopuszczeni do wagonów. W niedzielę rano pociąg ruszył. Płaczem żegnaliśmy nasze miasto i w duchu zadawaliśmy sobie pytanie: czy jeszcze tu wrócimy i kiedy?

Z innych wagonów słychać było głośno powtarzane modlitwy i pieśni religijne. Wsłuchiwaliśmy się w milczeniu w stuk kół wagonu o szyny i nikt, nawet dzieci nie śmiały przerywać tej ciszy i monotonii. Pociąg jechał bardzo powoli. Droga niezmiernie się dłużyła. Najciężej znosiły ją dzieci. Zaczęły chorować. Nie było mowy o jakiejkolwiek opiece lekarskiej. Same je leczyłyśmy lekarstwami zabranymi z domu. Jedna drugiej pomagała w tych trudnych chwilach. Dzieliłyśmy się też chlebem i jedzeniem zabranym z domu. Zapasy szybko się wyczerpywały i ograniczyłyśmy nasze posiłki do dwóch dziennie. Czasami na postoju pociągu wypuszczano z wagonu jedną osobę po wodę. Dzieci były brudne. Nie było gdzie wyprać i wysuszyć pieluch.

Cała ta podróż stała się dla nas jedną wielką tragedią. Byliśmy zupełnie bezradni, zamknięci w wagonach, pozostawieni samym sobie bez wody, jedzenia i toalet. Dzieci załatwiały się do nocniczków, które wylewały przez okno, ale nie było czym ich podmyć. Toteż marudziły, były poodparzane i zmarznięte. Byliśmy zupełnie bezsilni i szukaliśmy ratunku w modlitwie. Jeszcze nigdy tak gorąco się nie modliłam jak właśnie teraz, w tej drodze.

29 kwietnia 1940. Obok jakiejś nieznanej mi stacji stało dużo ciężarowych samochodów. Wokół inny zupełnie obraz niż w Polsce. Puste, bezmierne pola. Step i step. Obraz ten wprawił nas w rozpacz. Nigdzie domów mieszkalnych. Ludzie mali, czarni, skośnoocy. Nie można się z nimi porozumieć nawet po rosyjsku. Byli to Koreańczycy wywiezieni w ten step z rodzinami w 1936 roku. Brudni, zmęczeni stanęliśmy obok swoich bagaży zupełnie załamani. Niektórzy dostali szoku. Trzeba było uspokajać, tłumaczyć, ale jak, jakąż dawać nadzieję?

Wsiedliśmy do podstawionych samochodów ciężarowych, zabierając ze sobą swój już uszczuplony przez drogę dobytek. Po czterech godzinach jazdy drogą polną, pełną wybojów samochody się zatrzymały i kazano nam wysiadać.

Zobaczyliśmy rozwalony dom, jakieś małe rozrzucone daleko od siebie ziemianki. To nie były nasze domy. Zupełnie co innego. Żadnej zieleni. Puste długie pola porośnięte chwastami, ale też nie takimi jak u nas. [...]

Zaczęto rozwodzić nas po ziemiankach. [...] Całe mieszkanie składało się z kuchni i jednej izby. Żadnych rzeczy poza pryczami. W kuchni dodatkowo piec, wiadro z wodą i szafeczka na naczynia. [...] Nie było tu żadnego światła. Ludzie kładli się spać o zmroku i wstawali o świcie. Wszyscy pracowali w kołchozie. Warunki ich życia były bardzo prymitywne. Nie wyobrażali sobie innego życia, nawet nie przypuszczali, że w ogóle może być gdzieś lepiej niż u nich. Praca w kołchozie i te ziemianki to był ich cały świat. Czymś nowym dopiero byliśmy my.

Do jednej izby kwaterowano po trzy i cztery rodziny. [...] Palono tu w piecach kiziakiem, tj. łajnem wolim i krowim. Początkowo w ogóle nie wiedziałam, że może być taki opał. Należało go zbierać w stepie rękoma i w ten sposób robić zapasy na zimę. Chodziłam po stepie i zbierałam.

Żeby dostać się do drugiej wsi, tak zwanego posiołka, należało mieć przepustkę od naczelnika. Wsie położone były od siebie w odległości co najmniej 20 i więcej kilometrów. Nie było żadnej komunikacji, żadnych środków transportu. Chodzono tylko pieszo. Wszystko było na kartki. My nie mieliśmy prawa korzystania z jakichkolwiek zakupów w sklepie. Ludzie tu się nie myli. Spali w tym ubraniu, w którym pracowali w kołchozie. Nie znali nocnej bielizny ani bielizny pościelowej. Prawie że nie znali mydła. Byli zawszeni. Wszy te na skutek takich warunków dostały też nasze dzieci i my. [...]

Dla nas najważniejsze było przetrwanie. Dla przetrwania zamienialiśmy swoją odzież, pościel i bieliznę na żywność. Wymiana taka odbywała się zazwyczaj w drugich odległych o kilkanaście kilometrów wsiach. W naszym kołchozie był głód. Kołchoźnicy sami nie mieli co jeść i nie mieli też za co kupić. Z wymiany takiej przynosiłyśmy na plecach pszenicę lub mąkę. O tłuszczu jakimkolwiek nie było tu mowy. Nikt czegoś takiego tu nie używał i nie znał. [...] Nie było też pieców, w których można by było upiec chleb. Piekliśmy tak jak oni placki na piecu, które zastępowały chleb i były naszym podstawowym pokarmem poza zacierką na wodzie. Nie wszyscy jednak mieli placki. Pomału i nasze zapasy odzieży się wyczerpywały. Zaczęliśmy dzielić mąkę na dni. Ograniczyliśmy spożywanie do syta. Kłopoty też były z solą, której nigdzie tu nie można było dostać ani za nic wymienić. Przypadkowo zdobyłam ją w trzeciej wsi za ubranie. Było jej jednak za mało, toteż nie wszystko i nie zawsze soliliśmy. Cukru w ogóle tu nie znano. Miałyśmy tylko tyle, ile przywiozłyśmy z Polski. Chowałyśmy go dla dzieci w czasie choroby. Nie znano tu też żadnych jarzyn i owoców. Przez cały pobyt nie widzieliśmy marchwi, buraków, cebuli itp. [...] Coraz bardziej przekonywałyśmy się, że bez pomocy z Polski od naszych pozostałych tam rodzin i krewnych nie będziemy w stanie przeżyć. Nie wszyscy jednak otrzymywali tę pomoc. Moi rodzice przysyłali mi co jakiś czas paczki i pieniądze.

To mnie jedynie ratowało.

Zatrudniono nas przy wyrabianiu cegieł z ziemi i kiziaku. Wyrabiałyśmy je ręcznie i po wysuszeniu czyściłyśmy, a potem układałyśmy na wskazanym miejscu. Żadna z nas nie była przyzwyczajona do takiej pracy, do tego bez żadnych narzędzi. Żadna z nas fizycznie w życiu nie pracowała. Nic dziwnego, że w pierwszych dniach praca ta szła nam bardzo ciężko i niezręcznie. Ziemia z łajnem wymykała się nam z rąk i rozsypywała. Nie mogłyśmy nijak tej cegły zlepić swoimi rękoma. Byłyśmy za tę niezręczność obrzucane obelżywymi słowami przez pilnującego nas brygadzistę. [...] Traktowane byłyśmy jak niewolnice.

Już jesienią sekretarz kołchozu uprzedzał nas o ostrej zimie. Mówił, żeby zrobić zapasy ze wszystkiego. Zimy są tu bardzo mroźne i śnieżne. Śnieg dochodzi tu do kilku metrów i zasypuje nie tylko drogi, ale i ziemianki. Ludzie nie wychodzą wtedy w ogóle z domów. Są odcięci od świata, a nawet najbliższych sąsiadów. Jesienią otrzymałam paczkę z domu i pieniądze. Od razu przeznaczyłam je na zapasy żywności. Udałam się do drugich wsi i na plecach przyniosłam zboże. Podobnie zrobiły i moje współtowarzyszki. Pani Siwakowa zamieniła garnitur męża na worek pszennej mąki, a ja swoje rzeczy na 20 kilogramów. [...]

Tymczasem nadeszła straszna zima. Śnieg zasypał drogi i nasze domy do tego stopnia, że nie można było otworzyć drzwi. Nasze na szczęście otwierały się do wewnątrz, dzięki czemu odsypałyśmy łopatami śnieg i ratowałyśmy innych.

Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia. Pierwsze święta na zesłaniu. W listach z domu przysłano nam opłatek. [...] Tuż przed świętami otrzymałam z domu 200 rubli. Od razu dokupiłam od Koreańczyka opał i deski na prycze. Było to już świąteczne posłanie, bo do tego czasu spaliśmy na podłodze, a właściwie na ziemi. Za miód, który użyczyłam ciężko chorej Koreance, otrzymałam chleb. W drugiej wiosce kupiłam dwa czerwone buraki, które ukisiłam na barszcz wigilijny. W ten sposób zbierałyśmy pomału zapasy na Wigilię. Nie był to barszcz domowy z grzybkami, ale był czerwony. Nie było tak jak w domu ryb, śledzi, pierogów z kapustą i innych potraw. Były one w naszych wspomnieniach. Nie było też choinki i podarków dla dzieci. Największym podarkiem był tu chleb i opłatek, który przysłano nam z domu. [...]

Za oknami szalała zamieć. Wyły wilki. Wszystkie nasze oczy były zwrócone na opłatek. Podniosłam go, rozdzieliłam i zaczęliśmy się nim łamać, składając sobie życzenia.

Jakież były one inne niż w domu w normalnych warunkach. Wszyscy, nawet dzieci, życzyli sobie nawzajem, by drugie święta były już w Polsce. Serca nasze w ten wieczór były pełne bólu i rozterek. Myśli leciały do naszych mężów i domów. Nikt nie śmiał zanucić kolędy, bo czyż można w takich warunkach kolędować? Był to wieczór naszej rozpaczy i tragedii. Płakaliśmy wszyscy. Potem każda z nas oddała się wspomnieniom i wyobraźni.

Ja w oddali słyszałam dzwony kościelne nawołujące na pasterkę. W wyobraźni widziałam siebie w domu u boku męża i najbliższych. Słyszałam, jak śpiewał Cichą noc, moją ulubioną kolędę. Były to tylko marzenia, wyobraźnia. Rzeczywistość była zupełnie inna”.

Aldona Piaścińska 10 lutego 1940 roku została deportowana w wieku 12 lat z rodzicami i pięciorgiem rodzeństwa do obwodu archangielskiego:

„Jechaliśmy cały miesiąc. Wyładowano nas na stacji Kotłas i wpędzono do wielkiej szopy. W ogromnej ciasnocie i zimnie byliśmy tam dwa dni. Przez ten czas zgromadzono większą liczbę sań, na które załadowano nas. [...] Nocowaliśmy na leśnych polanach przy ogniskach lub w napotykanych wioskach. Miejscowa ludność przyjmowała nas życzliwie, dzieląc się żywnością, której sama miała niewiele. Po dwóch tygodniach stanęliśmy na miejscu zesłania: posiołek Talec, rejon wierchnietojemski, obwód archangielski.

Były tam na dużej polanie wielkie baraki z nieociosanych pni sosnowych. Stały na słupach pół metra nad ziemią. Szpary pomiędzy pniami były uszczelnione mchem. Każda rodzina dostała jedną izbę. Były w niej prycze i piece, więc po morderczej podróży byliśmy tak zadowoleni, jakbyśmy dostali luksusowe pokoje w pierwszorzędnym hotelu.

Mężczyźni i starsi chłopcy zostali wkrótce zatrudnieni przy wyrębie lasu i spławianiu drzewa Dwiną do Archangielska. Prace te wykonywali w odległości kilkudziesięciu kilometrów od posiołka. Pracowali ciężko, a zarabiali bardzo mało. Obowiązkiem kobiet i starszych dziewcząt było przygotowanie drewna opałowego. Cięły także łozę, którą sprzedawano w punkcie skupu na pokarm dla kóz i miotełki do ruskich łaźni.

Może jakoś urządzilibyśmy sobie tam życie, gdyby nie głód. Nasze zapasy kończyły się. Dostawaliśmy wprawdzie po kawałku czarnego chleba i coś, co nazywano zupą. Było tego zbyt mało, aby żyć w tym klimacie. Sytuacja nieco poprawiła się, kiedy mężczyźni otrzymali pierwsze wynagrodzenie. [...]

W lecie dowiedzieliśmy się, że Niemcy napadli na Związek Radziecki. Dorosłych ogarnęło wielkie podniecenie – ta wojna musi zmienić coś i w naszym życiu – mówili. Na razie były tylko zmiany na gorsze. Przestały nadchodzić paczki z żywnością, bo nasi krewni znaleźli się po drugiej stronie linii frontu. Trudniej też było kupić coś do jedzenia w sklepie i u sąsiadów – Białorusinów”.

Do wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej 22 czerwca 1941 roku deportowani polscy obywatele nie mieli szans na opuszczenie ZSRS. Zmiana sytuacji międzynarodowej po inwazji III Rzeszy na Wschód spowodowała, że Związek Sowiecki został zmuszony do zmiany swojej polityki między innymi wobec polskich obywateli, którzy zostali najbardziej pokrzywdzeni wcześniejszą współpracą sowiecko-niemiecką. Już w dniu niemieckiego ataku na ZSRS premier Wielkiej Brytanii Winston Churchill w przemówieniu radiowym zaoferował pomoc Sowietom, a dzień później premier RP na uchodźstwie (rząd polski ewakuował się we wrześniu 1939 roku do Londynu) gen. Władysław Sikorski, również na antenie radiowej, wypowiedział przypuszczenie, że w nowej sytuacji będzie możliwy powrót do zerwanych 17 września 1939 roku polsko-sowieckich stosunków dyplomatycznych. Mówił również o przebywających w niewoli polskich obywatelach, którzy „marnieją bezczynnie w obozach”. Porozumienie ze Związkiem Sowieckim dawało możliwość wzmocnienia znaczenia Polski wśród sojuszników, a także upomnienia się o tysiące zaginionych polskich oficerów.